czwartek, 29 października 2009

Zakupy dla średniozaawansowanych


O tym jak bardzo egzotyczne bywają zjawiska handlowe w Afryce, kilka słów już napisałem (m. in. post „Żabka”, jego przeczytanie polecam wszystkim Czytelnikom, którzy go nie znają, gdyż ten fragment bloga nawiązuje do tamtego). Choć kupcy w Dar es Salaam nadal zaskakują mnie na każdym kroku, to powoli uczę się z nimi obchodzić.

Na rynku w Segerea powolutku przestajemy być traktowani jak turyści, jednak rasizm cenowy jest stosowaną wobec nas polityką handlową w centrum miasta. Ostatnio kupując pasek do zegarka u ulicznego zegarmstrza usłyszeliśmy cenę 15.000 (trochę ponad 30 zł) wraz z montażem paseczka na zegarku, który w Polse kosztował 40 zł. Na szczęście był z nami Vincent i gdy oddaliśmy sprawę w jego ręce i oddaliliśmy się kawałek, u innego zegarmistrza sprawa została załatwiona za... 1500! Dziesięć razy taniej! Ten przykład pokazuje doskonale jak handlarze traktują białych klientów.

Oczywiście na rynku w Segerea byliśmy traktowani tak samo, z tym, że ani razu nie kupiliśmy niczego po absurdalnie zawyżonych cenach. Przy ostatnim tego typu zachowaniu handlarza, Agnieszka, nabierająca wprawy w odpowiednich, targowych wystąpieniach, doskonale odegrała oburzenie i wykrzyknęła: "co!? Tylko dlatego, że jesteśmy biali? Ni chuchu! Idziemy!" (w wolnym tłumaczeniu). "Czekajcie, czekajcie!" Handlarz o połowę opuścił cenę ananasa.

Ja, jako ledwo dukający w suahili (choć swoje postępy zrobiłem) nauczyłem się liczyć, znam też kilka prostych pytań i odzywek (po ile to, ale drogo, obniż cenę, nie mogę tyle dać). Ale nie dzięki umiejętnościom lingwistycznym odnoszę swoje małe, rynkowe zwycięzca, nawet podczas zakupów w pojedynkę. Z cenowym rasizmem lub z zawyżonymi z innych powodów cenami walczę wykorzystując braki w znajomości elementarnych działań matematycznych (konkretnie mnożenia i dzielenia), które to deficyty są powszechne wśród sprzedawców. Dziś kupując u Majfrenda papier toaletowy poprosiłem o pięć rolek. Każda kosztowała 300 szylingów. Sprzedawca wydał towar po czym wyciągnął specjalny zeszyt i... W słupku zapisał: 300 razy 5, następnie w pocie czoła zastanawiał się nad równaniem i zaczął zapisywać jakiś wynik, którego ostatnią liczbą było 6 (sic!). Zlitowałem się nad nim i powiedziałem "1500", ale na targu nie bywam taki dobroduszny.

Orientuję się już w rynkowych cenach podstawowych produktów. Weźmy na przykład marchewkę. Powinna kosztować najwyżej 200 za sztukę. Znajduję stoisko, na którym mają najładniejszą i pytam po ile. Przekupka odpowiada, że 300. Swoim łamanym suahili mówię: "tam być po 150" i pokazuję palcem stragan na drugim końcu ryneczku. Oczywiście to wcale nie musi być prawda. Tu nie o prawdę się rozchodzi tylko o cenę. Jeśli trudy negocjacyjne zawodzą, biorę do ręki pięć marchwi i mówię "1000". Sprzedawczyni się zgadza, bo spryciarzy, którzy szybko w głowie podzielą ile to wyjdzie za sztukę jest na rynku może ze trzech.

To, jak sprzedawcy wyrażają ostatecznie zgodę na proponowaną cenę, również wymaga pewnego obycia z targową kulturą Afryki. Otóż wyrażenie aprobaty odbywa się przez lekkie odrzucenie głowy do tyłu z równoczesnym uniesieniem brwi i charakterystycznym 'jękiem twierdzącym' oscylującym, w zależności od indywidualnych zwyczajów artykulacyjnych, między głoskami A oraz E. Dźwięk ten jest też w specyficzny sposób akcentowany. Zapis słownikowy mógłby wyglądać tak: 'eee,ee. To dla lingwistów. uświadomionym muzycznie powiem, że pierwsza część (sylaba – choć dźwięk jest ciągły, bez przerw pozwalających go jednoznacznie podzielić na właściwe sylaby) jęku jest jakieś trzy tony wyższa od drugiej, a trzecia o ton lub dwa wyższa od drugiej. Tak więc dźwięk przypomina trochę 'nasze', europejskie przeczące 'ee-ee'. Na początku mojej zakupowej kariery dopytywałem się dwa, trzy razy, czy cena odpowiada sprzedawcy, zanim przyzwyczaiłem się do tego sposobu mówienia ‘tak’.

Ostatnim etapem zakupowania na afrykańskim rynku, jak i każdego innego zakupowania, jest moment wydawania reszty. Z uwagi na brak kasy fiskalnej, kalkulatora lub innego urządzenia wyświetlającego liczby, sumy, kwoty i inne cyferki, trzeba w tym momencie szczególnie mocno się skoncentrować. Pomyłki mogą być większe lub mniejsze, zwykle jakieś są, ale 100 czy 200 szylingami nie ma sensu zawracać sobie głowy (po pierwsze dlatego, że ciężko zmusić sprzedawcę do bardziej szczegółowych obliczeń, po drugie dlatego, że następnym razem pomyli się o tyle albo więcej na naszą korzyść). Jeśli brakująca kwota jest większa, wtedy wystarczy odegrać zaskoczenie lub zdziwienie (oburzenie czy choćby najmniejsze ślady agresji są w tym momencie nie na miejscu, choć wcześniej, w trakcie targowania, to norma, jednak pamiętajmy, że to tylko teatr, który kończy się w momencie ustalenia ceny) i zapytać ‘ile to kosztuje?’ wskazując na torbę z zakupami w jednej i resztę w drugiej ręce. Wtedy zobaczymy podstępny uśmieszek (czyli chcieli nas wykiwać) lub pełne zadumy zmarszczenie czoła (czyli błąd w obliczeniach) i po chwili, niezależnie od przyczyn pomyłki, otrzymamy dobrze odliczoną resztę. Dobrze, znaczy w zaokrągleniu do 100, 200, czasem 300 szylingów.

0 komentarze: