czwartek, 8 października 2009

Nocna taksówka do Segerea


Jest zupełnie ciemno, choć nie ma jeszcze 19. Taksówka kołysze się na nierównościach drogi prowadzącej do żelaznej bramy z wypisanym kredą słowem ‘usifungue’ (nie otwierać). Płacimy i niesiemy do domu torby z zakupami. Eliasa (naszego ochroniarza) jeszcze nie ma. Po chwili oczy przyzwyczajają się do mroku i idziemy prowadzeni księżycową poświatą. Po prawej betonowy mur, po lewej hałda ostrych kamieni i większe głazy, za dnia białe, teraz wyglądają jak meteoryty. Wyrastające z drzewa w ogrodzie cienkie liany muskają nasze głowy, jeszcze kilka kroków po gliniastym podłożu, otwieramy kratę strzegącą domu przed intruzami, przekręcamy klucz w zamku drewnianych drzwi, szybko zamykamy je za sobą, uciekając przed bzyczącymi natrętami i… ufff. Rzucamy zakupy na kuchenny blat, bez sił opadamy na fotele.

W końcu widzimy miasto na przełomie nocy i dnia. Z okien taksówki z Mlimani City (nowego centrum handlowego) patrzymy jak robi się ciemno i jak życie na ulicach przeobraża się, jakby powoli ubierało piżamę, zapalało nocną lampkę, kładło się spać, albo wychodziło na ulicę, pozałatwiać swoje ciemne interesy, tu i ówdzie wymierzyć sprawiedliwość…

Nagle tuż przed zmrokiem, nie wiadomo skąd, na ulicy pojawia się mnóstwo ludzi. Chodnikiem na przedmieściach (tak, wzdłuż wielopasmowych ulic gdzieniegdzie wykłada się chodniki) ciągną tłumy wracających z pracy i ze szkół. Wsiadają w tkwiące w korku autobusy dala-dala, albo idą dalej, niewiadomo dokąd, bo do najbliższych zabudowań wydaje się być daleko. No właśnie: korek. Na jednej z wielu powstających w Dar wielopasmowych dróg, przez całą dobę ruch. Oczywiście na tych odcinkach, które są otwarte. Resztę trzeba omijać poboczem. Na drodze, która wygląda na trzypasmową (nie wiadomo, bo żadnych linii nie ma i nie będzie), cisną się cztery rzędy samochodów i autobusów. Między pojazdami 20-30 centymetrów wolnej przestrzeni. Czołgamy się tak jakieś pół godziny, aż robi się zupełnie ciemno. W okolicach Ubungo życie handlowe trwa w najlepsze. Ta dzielnica to jeden wielki targ. Po horyzont rozłożone na ziemi buty, zabawki, ubrania, radia, chińskie śmieci. I ludzie krążący po dróżkach na tym targowisku tandety, jak mrówki w tunelach swojego podziemnego domu. Mimo, że jest zupełnie ciemno, sprzedawcy wody, orzeszków ziemnych, jabłek, ręczników, otwieraczy do butelek z wizerunkiem Obamy, poduszek i… setek różnych bubli wciąż kręcą się między samochodami.

Wszystkie pojazdy jadą tylko i wyłącznie na długich światłach, kierowcy oślepiają się wzajemnie. Wyjechaliśmy z korku, poruszamy się wzdłuż węższej, ale mniej uczęszczanej trasy, tędy też idą ludzie, samochód mija ich, od czasu do czasu ktoś przebiega przed maską tak blisko, że cudem unika śmierci pod kołami pojazdu. Ludzie przemykają przed samochodem jak akrobaci, wyćwiczonym ruchem, z gracją ustępują o 15 centymetrów w bok, by samochód ledwie musnął brzeg ich ubrania i nie urwał ręki czy nogi. W końcu rozwijamy jakąś konkretną prędkość. Nie wiadomo, jaką, bo licznik zepsuty. Na poboczu ciemnego przedmieścia sprzedawcy orzeszków, kawałków trzciny cukrowej, frytek smażonych na oleju samochodowym (sic!) rozpalają pozbawione osłony lampy naftowe, by poinformować wracających do domów kierowców, że tutaj jeszcze coś da się kupić. Drobni handlarze jeszcze pracują, podczas gdy normalne sklepy są zamykane.

Znowu Shoprite. Pojechaliśmy tam tylko po witaminy a wyjechaliśmy z torbą niepotrzebnych rzeczy. W Afryce widzi się, jak wszystkie osiągnięcia kapitalistycznej gospodarki, do których tak bardzo jesteśmy przyzwyczajeni, są niepotrzebne i w jaki sposób kapitalizm krzywdzi mieszkańców Trzeciego Świata, tworząc azyle dla bogatych i pogłębiając różnice między nimi a biedotą. Uzależnieni od hipermarketowego zakupowania wchodzimy tam i kupujemy wszystko, co lubimy, a bez czego moglibyśmy się obyć. Wyprawa po naprawdę potrzebną rzecz przerodziła się w tradycyjną, polską, niedzielną (choć dziś środa) wycieczkę do centrum handlowego. Wyścig z wózkiem między półkami, szukanie czegoś w miarę taniego… afrykańskie hipermarkety są dużo droższe niż zwykłe sklepy czy żywność na rynku. Amerykanizacja handlu w tej części świata ma wyjątkowo ponure oblicze.

W Shoprite, mimo cen, ruch spory. Tu na zakupy przyjeżdża garstka zamożnych mieszkańców miasta i biali imigranci. To chyba jedyne miejsce, w którym spasieni Jankesi mogą wreszcie poczuć się jak u siebie. Z radością przebierają w fastfoodowym asortymencie i ładują do wózka próżniowo pakowane hamburgery i kiełbachy. Temperatura panująca w pomieszczeniach (wszędzie klimatyzacja) i rozkład sklepu przypomina typowy polski Real. Czujemy się tam dokładnie tak, jak w 'naszym', poznańskim, hipermarkecie. Tylko te ceny...

Do Mlimani podjeżdżamy taksówką z Ubungo. To niedaleko, ale nie ma bezpośredniego połączenia, a robi się późno. Do Ubungo jedziemy dala-dala z Posta przez Mnazi Mmoja. Jako białasy w publicznym transporcie robimy niezłą furorę, ale reakcje są pozytywne, szczególnie, gdy Agnieszka odezwie się w suahili. Kierowcy i pasażerowie chętnie nam pomagają, mówią jak i czym jechać, gdzie się przesiąść, pokazują gdzie wysiąść. Dzięki ich radom docieramy sprawnie tam, gdzie chcemy dojechać. Po drodze do Mlimani mijamy wielki, pancerny, terenowy autobus z białymi turystami, jadącymi pooglądać z okien wehikułu to, co milion razy widzieli w telewizji: lwy, żyrafy, nosorożce... Patrzymy jak przemyka za oknami dala-dala, w którym siedzimy i cieszymy się, że na co dzień widzimy to, czego nikt nie zobaczy na Discovery Chanel.

Przedtem Posta. Na witaminy i jeszcze jeden większy zakup, radiomagnetofon (chcemy w końcu posłuchać tutejszej muzyki, a wszystko co najciekawsze, szczególnie hip-hop i reggae, wychodzi na kasetach). Wymieniamy dolary. Kurs jest tu dużo lepszy niż w Mlimani. Gdy docieramy do Posta jest jeszcze wcześnie. Około 14. Nie domyślamy się jak długo będziemy tkwić w korkach.

Posta to chyba najbardziej zglobalizowana część miasta. Spotykamy tłustych amerykanów w japonkach, krótkich portkach i koszulkach bez rękawów. Wyłażą z klimatyzowanych hoteli i tułają się po głównej ulicy. Pogardliwe spojrzenia Muzułmanów dają im do zrozumienia, że nie są tu mile widziani. Jankesi nie wiedzą, że wystarczy ubrać się nieco inaczej, by nawiązać dialog z wyznawcami Islamu (albo przynajmniej nie wzbudzać w nich niesmaku). A w tej części świata Muzułmanie to nie radykałowie, którymi co rusz straszą w światowych mediach. To zwykli ludzie, z którymi można pogadać, którzy pomogą, można z nimi ubić interes... A to ostatnie idzie nam chyba coraz lepiej. Taksówką z Mlimani do Segerea docieramy za 15000 szylingów. Nasze sąsiadki twierdzą, że płacą około 25000. Kierowca obniżył cenę, bo Agnieszka targowała się z nim w suahili. Spodziewał się pewnie, że jesteśmy Amerykanami albo Niemcami, którzy zapłacą każdą sumę, byleby tylko dojechać do celu… A tu niespodzianka: dwoje białasów, którzy ani słowa nie powiedzieli po angielsku…

O wyprawie do Posta i Mlimani myśleliśmy już od rana. Gdy przed wyjściem do szkoły zastanawialiśmy się, czy starczy nam czasu by dotrzeć wszędzie gdzie chcemy, zadzwonił telefon. Okazało się, że tego dnia pracujemy tylko do 12.

Wejście na naszą posesję za dnia

Bilet z Mmnazi moja do Ubungo

0 komentarze: