wtorek, 13 października 2009

Żabka

Nie wszystko da się kupić na rynku, nie wszystko warto kupować w markecie, zresztą urządzanie całodziennej wycieczki do Shoprite po jedną czy dwie rzeczy nie ma sensu. Na szczęście w Segerea nie brakuje małych sklepików, w których można kupić wszystkie podstawowe artykuły (wodę, colę, chleb, piwo, papier toaletowy itp.). Zakupy w tych miejscach mają swój niepowtarzalny, egzotyczny urok.

Sklep, lub rząd kilku sklepików, zwykle umieszczony jest w parterowym budyneczku, stojącym na poboczu gruntowej drogi. Na noc asortyment znika za ciężkimi, metalowymi drzwiami, zamykanymi na ciężkie kłódy. W dzień wnętrze sklepu stoi otworem dla ciekawskich klientów, bakterii, robaczków i tumanów kurzu, ponieważ od świata nie jest oddzielone żadną szybą, drzwiami, czy ścianą. Dlatego też asortyment sklepów jest ograniczony do wszystkiego co jest jakoś zapakowane albo da się w razie czego umyć. Poza napojami, owocami i pakowanym w folię pieczywem (chleb tostowy – taka sama gąbka jak w całej Europie) są tam też słodycze, mleko w kartonikach, jajka, herbata, podpaski, mydło, pasta do zębów, proszki do prania, zeszyty, świece, długopisy, a także, gdzieniegdzie, węgiel drzewny i prezerwatywy. Wszystko na czterech metrach kwadratowych. Zwykle na środku tego handlowego kolażu stoi lodówka, w niej napoje.

Innym rozwiązaniem architektonicznym są zbite z desek stragany i budy, gdzie asortyment jest podobny, tak jak w naszym ulubionym ‘pubie’. Określamy go tym zaszczytnym mianem, ponieważ można w nim nie tylko kupić napoje ‘na wynos’ ale można też na miejscu usiąść przy plastikowym stoliczku i wypić coca-colę. Jest to (widoczny na zdjęciu poniżej) dość duży, jak na tutejsze warunki, wolno stojący przybytek, zbity z desek różnego pochodzenia, okryty dachem z blachy falistej, szczelnie okratowany, z niesamowitą betonową podłogą, wyłożoną mozaiką z resztek kafelków. W ‘pubie’ sprzedaje nastoletni chłopczyna, który siedzi w swoim sklepie cały dzień, tak więc bez wątpienia do szkoły nie chadza i nie do końca wiadomo czy kiedykolwiek otarł się o zorganizowaną edukację. Sądząc po problemach z liczeniem, można mniemać, że nie, choć z drugiej strony zna odrobinkę angielskiego, więc może do jakiejś szkoły przez chwilę uczęszczał. Abstrahując jednak od jego wykształcenia, jest on jednym z uczciwszych sprzedawców w okolicy. Pewnego dnia pomylił się o tysiąc szylingów (około 2 złote) na swoją niekorzyść. Dobre kilka minut zajęło mi wyjaśnienie mu, że powinienem zapłacić więcej i pomoc w obliczeniu ceny wszystkich rzeczy, które kupiłem.

W ogóle miejscowi sklepikarze często mylą się w obliczeniach i ciężko stwierdzić, czy robią to umyślnie, czy wynika to z problemów z podstawowa matematyką. Powyżej pięciu produktów zaczyna się problem, a brak kalkulatora w sklepie nie ułatwia zadania (ale powiedzmy to uczciwie: mało która jeżycka sklepowa ogarnęłaby własny biznes bez kalkulatora). Tak jak w spożywczym pewnej Muzułmaki, którą podejrzewałem o złą wolę i dwukrotne oszustwo na kwotę kilkuset szylingów do czasu, gdy nie pomyliła się o siedemset na moją korzyść. Wtedy stało się jasne, że to nie nieuczciwość, tylko problemy z liczeniem. Jej nie wyprowadziłem z błędu, gdyż wcześniej zapłaciłem za dużo.

Jednak naszym ulubionym sprzedawcą w Segerea jest Majfrend. Swoją uroczą ksywkę zawdzięcza powitaniu, jakie zawsze do nas wykrzykuje, unosząc w górę obie ręce. Jego sklep lubimy nie tylko ze względu na największy wybór napojów chmielowych w okolicy, ale przede wszystkim ze względu na osobowość sprzedawcy, który zawsze pogada (mieszanką angielskiego i suahili) i coś ciekawego o sobie opowie. „Kiedyś biegałem z dzidą po buszu, a teraz mam sklep” – tak Majfrend streścił przebieg swojej kariery.

Kupowanie w tych sklepach ma oczywiście swój typowo afrykański urok, związany z brakiem ustalonych cen. Często, będąc białasem, można też usłyszeć kwotę wyższą niż napisana wielkimi cyframi na produkcie. W pewnym sklepie w Segerea, za dwie butelki piwa, na których wielkimi kulfonami, czarnym markerem napisano „1200”, pani sklepowa zarządała 3000 szylingów. Jest to akurat bardziej luksusowy przybytek, gdyż ma nie tylko podłogę, ale sprzedawcy dysponują też wielkim kalkulatorem (jednym – więc gdy obsługują naraz dwóch klientów wymieniają się urządzeniem), więc dla pewności przeliczyła i pokazała mi wyświetlacz. 3000. Pokazałem jej etykiety na butelkach. „To stara cena” wyjaśniła. Wyjaśniłem więc, że w nowej cenie po prostu nie kupię i zapłaciłem 2400. Cena na etykiecie nie zobowiązuje do niczego. Także klienta. Szczególnie znając suahili można sporo stargować, nawet w niektórych supermarketach!

Afryka się rozwija, biznes się kręci, ale jego charakter chyba na zawsze pozostanie typowo afrykański. Kupić można wszystko, ale nie wszystkich na to stać. To również, niestety, nie zmieni się za szybko.




Majfrend...


...i jego sklep!


'Pub'...


...jego przemiła obsługa...


... i klientela.

0 komentarze: