środa, 2 grudnia 2009

!!!PRZEPROWADZKA!!!

Drodzy Czytelnicy naszego bloga, informuję, iż dzięki uprzejmości redakcji Polityki, nasz blog został właśnie przeniesiony na adres

http://bezgranic.blog.polityka.pl/

dalszy ciąg opowieści o Afryce i naszych przygodach na Czarnym Lądzie, znajdziecie pod tym właśnie adresem.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Uff, jak gorąco! (Aga)

36,6 stopni w moim ciele, tyle samo lub więcej poza nim na dworze , jedynie w domu ciut chłodniej – 32,7. W takich warunkach przyszlo nam zacząć wakacje. Właściwie to ja jeszcze ich nie mam, bo muszę odbyć tydzien dyżuru w szkole – pisanie planów pracy, konspektów lekcji, przygotowywanie pomocy naukowych, przyjmowanie potencjalnych gości, i tak dalej.

Już o ósmej, gdy wychodziłam z domu, zrobiło się gorąco. Niestety, musiałam iść pieszo. A spacer w takim upale nie należy do łatwych, lekkich i przyjemnych. Mijałam budynki i budyneczki, stragany, szkołę, domy, uliczne jadłodajnie, w których kobiety smażyły mandazi (miejscowe racuchy) na śniadanie… Ludzie, których spotykałam po drodze swoim zwyczajem pozdrawiali mnie: Habari za asubuhi? (Jak mija poranek?), odpowiadałam: Salama (Spokojnie), inni mówili Tumsifu Jesu Kristo! (Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus), odpowiadałam: Milele amina (Na wieki wieków…), mniejsze dzieci swoimi nieco wystraszonymi buźkami mówiły arabskim zwyczajem: Shikamoo (dosł. padam do twoich stóp), odpowiadałam Marahaba (przyjmuję twoje uniżenie), większe dzieci krzyczały za mną: Mzungu! Mzungu! (Białaska! Białaska!), nie reagowałam, jeszcze większe i bardziej aroganckie dzieci krzyczały: Mzungu, give me money!, odpowiadałam Nenda kazi! (idź do pracy).

Nagle chmury przykryły słońce, co za ukojenie! Niestety, tylko na chwilę, zanim doszłam do szkoły już znów był upał. A w szkole pusto – nie ma krzycąych dzieci, są tylko robotnicy rozbudowujący szkołę. Jak zwykle, gdy weszłam, akurat ucinali sobie drzemkę pod drzewem. Dopiero po chwili, gdy uświadomili sobie, że ich przełożeni mogliby mnie zapytać jak postępuje budowa, nie spiesząc się, zaczeli zabierać się do pracy, robiąc przy tym strasznie dużo hałasu metalowymi narzędziami, by tym dobitniej dać mi do zrozumienia, że naprawdę pracują.

Weszłam do pokoju nauczycielskiego, zrobiłam co miałam do zrobienia i około 12:00 wyszłam. Żar lał się z nieba, paraliżował wszystko. Ludzie, jeżeli szli, to szli bardzo powoli, inni spali pod mangowcami (największe w okolicy zielone drzewa dające upragniony cień, i nie mniej upragnione owoce mango), jeszcze inni schowali się w swoich domach. Ruch się zatrzymał. Stolarze ze zdjętymi koszulkami wyłożyli się pod wiatą stanowiącą warsztat ich pracy na niedokończonych jeszcze meblach i drzwiach. Nie byli w stanie się podnieść, jedynie uśmiechnęli się na mój widok i jeden z nich krzyknął cichutko: Mambo? (jak leci?), odpowiedziałam: Poa! (spoko).

Szłam dalej. Czułam strugi potu spływające po moich plecach. Mój cien robił się coraz krótszy, prawie już znikał. Nie moglam doczekać chwili, gdy dojdę w końcu pod prysznic, odkrecę kurek z zimną wodą, która tutaj nigdy nie jest wystarczająco zimna. To dziwne, w Poznaniu kąpałam się tylko w gorącej wodzie, gorącej. Tak niezdrowo gorącej na naczynka krwionośne. I zawsze, gdy dolewałam sobie zimnej wody do wanny, by aż tak bardzo nie niszczyć sobie tych naczynek, rezygnowałam na rzecz urody z przyjemności kąpieli. Napomknę, że rzadko rezygnuję z przyjemności na rzecz urody. A tutaj chętnie wyłożyłabym się w wannie pelnej lodu. I byłoby to nie tylko przyjemne, ale i zdrowe dla moich biednych naczynek. Ale nie jest to możliwe, bo ani nie mam wanny, ani zamrażarki zdolnej wyprodukować tyle kostek lodu.

Rzekomo zimny prysznic nie dał mi wystarczającego wytchnienia, zapadłam w lekki sen. Położylam się plackiem na kanapie, przykryta jedynie ceiniutką kangą i śniłam na jawie o przeróżnych rzeczach. Śniłam o możliwości teleportacji w jakiekolwiek miejsce na świecie na chociaż dwie sekundy. Wybrałabym Biegun Północny albo Suwałki. Przypominam sobie, że zawsze gdy byłam dzieckiem to latem chciałam dotknąć śniegu, a zimą, gdy marzlam w tych swoich polarnych Suwałkach, chciałam, by znów było lato, albo bym chociaż na dwie sekundy mogła przenieść się w takie miejsce, gdzie jest lato, albo do CIEPŁYCH KRAJÓW.

Hasło CIEPŁE KRAJE pojawiało się często w moim dzieciństwie. Wiedziałam, że ptaki na zimę odlatują do CIEPLYCH KRAJÓW, wiedziałam, że bogaci ludzie mogą sobie pozwolić na wakacje w CIEPŁYCH KRAJACH, ale nigdy nie wiedziałam co dokładnie kryje się pod pojęciem CIEPŁE KRAJE. I czemu zawsze CIEPŁE KRAJE występowały w liczbie mnogiej. Nie wpadłam na to, że CIEPŁE KRAJE moglyby stanowić zbiór kilkudziesięciu krajów, w których zawsze jest ciepło, które to kraje można wymienić z nazwy i wskazać je na mapach w atlasie geograficznym. Nigdy na to nie wpadłam jako dziecko. CIEPŁE KRAJE były zawsze czymś bajkowym, mitycznym, nieosiągalnym, niedookreślonym, czymś, o czym wszyscy ludzie marznący w Suwałkach marzą. Marzyłam więc i ja.

Teraz marzenie się spełniło. Jestem w CIEPŁYCH, a nawet GORĄCYCH KRAJACH. Wobec tego pozdrawiam wszystkich z GORĄCEGO KRAJU, a zwłaszcza tych, którzy marzną w naszym ZIMNYM KRAJU, marzną i marzą o CIEPŁYCH KRAJACH.

Musicie marzyć dalej, marzenia się spełniają!


środa, 25 listopada 2009

Alleluja!

Niedługo miną trzy miesiące naszego pobytu w Dar. Coraz więcej wiemy, zauważamy, coraz więcej jest do napisania i jak sądzę dla większości czytelników naszego bloga opis mszy świętej nie będzie numerem jeden na liście tego, co chcieliby tu przeczytać, ale ze względu na pewne szczególne wydarzenie, jakie miało podczas dzisiejszej mszy miejsce, kilka słów na ten temat pozwolę sobie napisać.

Zacznijmy od tego, że msza w suahili trwa dwie godziny. Tak jest, bite 120 minut, czasami trochę ponad 100, jeśli kapłan bardzo się spieszy a świecki prelegent, który zawsze występuje w ostatnich 20-30 minutach, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Ale warto te dwie godziny wysiedzieć, warto nawet zostać dłużej, żeby tylko posłuchać...

Dwie godziny. To brzmi groźnie nie tylko dla naszych białych, świeckich uszu. Polscy franciszkanie, z którymi spotkaliśmy się przed wyjazdem cierpiąco przewracali oczyma na samą myśl o tym, ile czasu to zajmuje (a pamiętajmy o ponad 30 stopniach w skali Celsjusza, stałej temperaturze w tej szerokości geograficznej). Nawet czarne siostry narzekają na długość kazań niektórych księży, nie mówiąc o wiernych, którzy bez kozery zasypiają w pierwszych rzędach podczas porannych mszy. Ale ja, nie rozumiejąc ani słowa, słucham przynajmniej niektórych kapłanów z zapartym tchem. Mówią z przejęciem niespotykanym w Polsce, schodzą z mikrofonem z ambony by być bliżej wiernych, nawiązują dialog z nimi poprzez zadawanie pytań, powtarzanie ich, wywoływanie do odpowiedzi, przez gesty... Sugestywność czarnych mówców robi wrażenie. Ale to nic w porównaniu z sugestywnością chóru.

Każdy kościół, kościółek, wioskowa kapliczka ma swój chór. Czasem jest tak, że 1/4 wiernych obecnych na danej mszy to chór, a reszta daje radę nie gorzej niż ci, wyszkoleni przez dyrygenta. Akompaniuje im lepszy lub gorszy organista, albo bębniarze. Ze względu na deficyty w edukacji muzycznej i w poczuciu estetyki miejscowych organistów, podczas mszy często można usłyszeć zagłuszające wszystko automatyczne podkłady perkusyjne i dziwaczne wzbogacacze brzmień dostępne w kościelnych organach.

Ale i to nie jest w stanie popsuć wrażenia, jakie robi na nas chór. Przyzwyczajeni do tego, że czas, w którym kapłan mówi podczas krótkiej, polskiej mszy jest chwilą wytchnienia między jednym a drugim zbiorem jęków pijanego, skacowanego, chorego organisty, rozpływamy się w wielogłosach i perfekcyjnie współbrzmiących liniach melodycznych...

Ale tutejsze chóry też zdają się nie do końca zgadzać z dźwiękową polityką organistów. Pamiętam moment podczas jednej mszy w kościele w Segerea, gdy chór wykonywał wyjątkowo piękną pieśń stanowiącą stałą część liturgii. Na samym początku utworu wysiadł prąd. Pseudohamondowskie organy zamilkły. Chór, jakby ucieszony tym faktem, ożywił się, dyrygent ze zdwojoną siłą i jeszcze szerszym niż zwykle uśmiechem machał trzymanym w prawej ręce kijem, spełniającym rolę batuty, chór śpiewał bez akompaniamentu z coraz większym 'wczuciem' i energią, twarze chórzystów i chórzystek coraz bardziej promieniały, piękne wielogłosy, cudownie skomplikowane melodie, idealnie czysto zaśpiewane, coraz donioślej niosły się echem pod betonowym sufitem kaplicy, wokaliści spontanicznie odwracali się twarzami do swoich sąsiadów i śpiewali jakby tylko dla nich o miłości, Bogu, pięknie... Gdy tylko skończyli, prąd znów 'się' włączył.

Oczywiście żaden z chórzystów nie zna nut. Pośród nich znajdują się, ze znanych nam osób, szkolna kucharka i kierowca autobusu. Nie sądzę by reszta była absolwentami akademii muzycznej, bo mieszkając w domu kustodialnym wielokrotnie byłem świadkiem ich prób, podczas których, przy wprowadzaniu nowego utworu dyrygent podawał grupom wokalistów dźwięki, które mieli śpiewać. To znaczy on śpiewał melodię, oni powtarzali, a za drugim, trzecim razem już pamiętali i... Jazda! Kilka razy przećwiczyli i na następnej mszy już śpiewali nowy utwór. Oczywiście w wielogłosie, z co najmniej dwoma idealnie współbrzmiącymi liniami melodycznymi, idealnie czysto, z radością, uśmiechem, ludzie śpiewający w totalnie zaplanowany sposób totalnie spontanicznie wyrażali przy tym swoje emocje, które szczere malowały się na ich twarzach... Ale dziś przeszli samych siebie i nasze najśmielsze oczekiwania.

Gdyby muzykę dało się opisać słowami, nie trzeba by było chodzić na koncerty, słuchać płyt i doświadczać osobiście sedna tego, co jest w niej zaklęte. Tym ogólnikowym stwierdzeniem chciałbym z góry usprawiedliwić niemożność opisania tego, co dzisiaj przeżyłem. Zaczęło się od Alleluja. Tego ‘Alleluja’, które wszyscy znamy. Ale to był dopiero początek. Utwór był niezwykle skomplikowany i odniosłem wrażenie jakby każdy chórzysta grał w nim swoja własną, niepowtarzalną rolę. Być może potwierdzeniem tego przypuszczenia było to, że dyrygent, stojący zwykle na poziomie kościelnej podłogi, wszedł na ołtarz, by z podwyższenia móc każdemu z osobna wskazać, a może tylko przypomnieć jego (lub jej) miejsce w utworze.

A więc zaczęło się od Händlowskiego Alleluja. Ale następnie nie tylko język tekstu zmienił się na rodzimy język wokalistów i wokalistek, ale i linia melodyczna stała się jakby bardziej przystosowana do ich niezwykłych, wrodzonych umiejętności. Melodia i dźwięki rozrastały się i mnożyły do kulminacyjnego momentu, w którym każdy zdawał się śpiewać co innego pozostając jednocześnie w idealnej harmonii z resztą, po tym momencie, nie tylko aranżacyjnego ale i emocjonalnego apogeum, nastąpiła chwila ciszy, po której chór powrócił do bardziej znanej europejskiemu słuchaczowi aranżacji… trwało to jeszcze chwilę i nie jestem w stanie opisać tego co się wtedy działo, po plecach przechodziły mi dreszcze, reakcje chórzystów były nie mniej emocjonalne, a gdy popisowy numer dobiegł końca… nikomu w kościele nie trzeba było tłumaczyć, że ten popisowy numer był przebłyskiem geniuszu zarówno chóru jak i dyrygenta. Rozległy się jednogłośne, gromkie brawa. Wszyscy przebudzili się, słuchali z szeroko otwartymi oczami i uszami, obudzeni i pobudzeni do życia, a Duch unosił się nad głowami…

poniedziałek, 23 listopada 2009

Wycieczka do muzeum


Wyprawę do muzeum narodowego w Dar es Salaam zaplanowaliśmy na wakacje, które już za pasem! W grudniu nie pracujemy, a wolny czas chcemy poświęcić eksplorowaniu miasta, wypadowi poza Dar i pisaniu o wszystkim co się dzieje i działo dookoła nas i w naszych głowach. Dzisiejszy dzień planowaliśmy spędzić w domu. Zmęczeni pracą i nękającymi nas do niedawna chorobami chcieliśmy odpocząć, zregenerować się, pozwolić sobie na odrobinę błogiego lenistwa, ale mocna kawa wystarczyła by emeryckie zachcianki uległy przedawnieniu. Perspektywa niedzieli w domu, tak długo przez nas wyczekiwanej, nagle traci cały urok. Przechodzimy do fazy planowania wypadu do miasta.

Jednak biorąc pod uwagę stan ciała i ducha obieramy cel nie wymagający nadmiernego wysiłku. Muzeum. Powolny spacerek między gablotkami i eksponatami to doskonały pomysł na dziś! Jeszcze tylko pytamy google'a gdzie to właściwie jest i czy aby na pewno w niedzielę otwarte i... W drogę!

Jak zwykle najpierw spacer przez wertepy Segerea, jak zwykle śmierdzący cmentarz, jak zwykle spotykamy to samo stado kóz, jak zwykle dzieci krzyczą do nas 'Mzungu! Mzungu!' (Białas! Białas!) jakby pierwszy raz widziały białego człowieka, choć widzą nas po raz setny, jak zwykle dworzec autobusowy, ale tutaj...Wszystko się zmienia! Wielki plac nie tylko pokryto nową nawierzchnią. Na gładkiej, czarnej tafli asfaltu osadzono podłużne wysepki z kostki brukowej, na których postawiono najprawdziwsze przystankowe wiaty! Afryka się rozwija! Dar się rozwija! Rozwój dotarł aż tutaj, na obrzeża miasta! Pod pięknymi, nowymi, błękitnymi daszkami leżą i siedzą grupy pozbawionych jakiegokolwiek zajęcia mężczyzn. W sumie jest niedziela. Co mają robić? Lenią się jak Pan Bóg przykazał! Ale nie tylko w niedzielę tak wegetują. No cóż. Przynajmniej ktoś użytkuje wysepki i wiaty, bo podróżni nadal tłoczą się na obrzeżach asfaltowego placu, pod rzędem sklepów, przy których jeden za drugim, zatrzymują się autobusy. Kierowcy potrzebują placu jedynie do nawracania, a wysepki z różowej kostki brukowej tylko im zawadzają podczas manewru.

Jedziemy do Mnazi Mmoja. Muzeum znajduje się w okolicach Posta, ale znamy już miasto na tyle by dojść pieszo, a typowa dla małej pory deszczowej pogoda (chmury, lekki wiatr, powietrze odświeżone przez nocne deszcze) zachęca do spaceru. Choć autobus jest pełen, to gdy wysiadamy, zastajemy obumarłe centrum, pogrążone w niedzielnym letargu. Sklepy pozamykane. Pustymi ulicami, niczym duchy, snują się pojedyncze osoby. Po drugiej stronie skrzyżowania przy przystanku Mnazi Mmoja przemyka wycieczka Azjatów. Czteropasmowa ulica, której przekroczenie w pozostałe dni tygodnia grozi śmiercią lub kalectwem, jest prawie pusta. Poza autobusami komunikacji miejskiej nie ma praktycznie żadnego ruchu. Przez przejście dla pieszych przechodzimy powoli i spokojnie jak nigdy. Obieramy azymut na górujący nad miastem budynek hotelu Paradise, który znajduje się dokładnie naprzeciw przystanku Posta. Spacerujemy martwymi ulicami. Muzułmanie idą medytować do meczetów, Chrześcijanie zmierzają do swoich świątyń. Poza stricte religijnym ruchem pieszym, nic się nie dzieje. Napotkani ludzie siedzą, ewentualnie stoją i rozmawiają, ale jest ich niewielu, pojedyncze grupy, głównie mężczyzn, skumulowane w punktach alkoholodajnych. Jest cicho. Jest spokojnie. Jest martwo. A obumarłe ciała śpiących na ulicach pijaków i drzemiących na swych posterunkach żebraków osadzone w powojennym krajobrazie wyglądają jak ciała poległych. Mijamy wyburzane budynki. Jeden, drugi, trzeci... Na ich miejscach wyrosną pewnie wysokie hotele, biurowce, apartamentowce. Ale dziś jeszcze widać ruiny. Jakby kilka sąsiadujących ze sobą kamienic zbombardowały niosące wolność amerykańskie myśliwce, albo Al Quaeda przypuściła szturm na kompleks budynków zajmowanych przez wroga (oczywiście to tylko żart, poza zamachem na ambasadę USA w 1998, Dar es Salaam, na szczęście, nie doświadczyło ataków terrorystów).

Paradise coraz bliżej. Za chwilę skierujemy się w stronę hotelu Kilimanjaro Kempinsky. Podobnie jak on, muzeum znajduje się w administracyjno-ambasadowej części miasta. Mijamy jakieś ministerstwa, przez pomyłkę wchodzimy na teren urzędu miasta. Policjant z kałasznikowem jest wyrozumiały, mimo, że wślizgujemy się przez zamykaną za jednym z samochodów bramę. Urzędnik, który przechodzi obok, uprzejmie, po angielsku, informuje nas gdzie jesteśmy i tłumaczy jak dojść do muzeum.

Mijamy kolejne ministerstwa, ambasady, budynek parlamentu (informacja wypisana olejną farbą na drewnianej desce). W końcu naszym oczom ukazuje się wysoki płot z blachy falistej, z nabazgranym wielkimi czerwonymi literami napisem 'museum'. Napis powtarza się co kilkanaście metrów, są też strzałki kierujące, jak sądzimy, do wejścia. Długi kompleks budynków za płotem jest najwyraźniej niewykończony. Zasłaniają go rusztowania a całość elewacji nie została jeszcze pomalowana. Podążamy w kierunku wskazywanym przez strzałki. Skręcamy w boczną uliczkę. Docieramy do wejścia.

Tuż po przekroczeniu bramy słyszymy głośne 'welcome, welcome'. Pracownik zapraszający nas do wejścia na teren muzeum pokazuje przyklejony do bramy cennik. Złodziejska cena ponad 13 złotych za bilet dla turystów odstrasza, ale cóż zrobić... Aga wie, co zrobić! W suahili tłumaczy, że nie jesteśmy żadnymi turystami tylko wolontariuszami, że pracujemy w takiej a takiej szkole... Gość odsyła nas do kolejnej bramki. Teraz Aga bierze sprawy w swoje ręce: 'Nie mów nic po angielsku' – co oznacza, że pozostaje mi szczerzenie zębów, rzucenie ‘habari’ na dzień dobry i udawanie, że wiem co się dzieje. Ale tutaj wszędzie trzeba negocjować ceny! A nic tak nie pomaga w negocjacjach jak znajomość suahili. Przy drugiej bramce ta sama gadka. Cena spada do 5 złotych od osoby. Wchodzimy.

Ponoć nie wolno robić zdjęć. Tak twierdziła nasza koleżanka, której nie pozwolono sfotografować drewnianych fallusów stanowiących swego czasu jeden z muzealnych eksponatów. Niestety nie trafiliśmy na repliki męskich genitaliów, a zakazu fotografowania nigdzie nie zauważyliśmy. Oczywiście przy robieniu zdjęć nie pytaliśmy o pozwolenie, ale w obliczu braku znaku zakazu uznaliśmy, że co nie jest zakazane jest dozwolone, więc... Galeria zdjęć poniżej.

Muzeum jak muzeum. Ekspozycja raczej kiepska, choć należy założyć, że po rozbudowie (ponoć już w przyszłym miesiącu ma zostać ukończona) długi kompleks budynków zostanie po brzegi wypełniony eksponatami. Oprócz nas w muzeum zaledwie pięć osób. Jakaś para i ojciec z dwójką dzieci. Frekwencja kiepska, jak na miasto zamieszkałe przez kilka milionów ludzi. Co ciekawe, w rejestrze odwiedzających (wypełnienie obowiązkowe przed wejściem) wpisujemy się pod nazwiskiem Polaka.

Cóż na dzień dzisiejszy, można zobaczyć w muzeum narodowym w Dar; parter poświęcony jest niewolnictwu. Prezentuje zarys zjawiska i tłumaczy jego obecne konsekwencje, których przykładem ma być niechęć do pracy na roli. Powodem tego jest ponoć to, że w przeszłości wykonywali ją czarni niewolnicy. Oczywiście nie chodzi o niewolników sprowadzanych do Ameryki, tylko tych, zmuszanych do pracy przez Arabów, na długo przed przybyciem białych. Obserwując zachowania Tanzańczyków w pracy, można odnieść wrażenie, że niechęć do pracy na roli została przeniesiona na wiele innych prac fizycznych.

Oczywiście jest całe piętro poświęcone zmarłemu prezydentowi, ojcowi narodu, Juliusowi Nyerere (post o nim już wkrótce, bo to postać niezwykle istotna, bez której praktycznie nie byłoby Tanzanii), poza tym dzieła współczesnych afrykańskich rzeźbiarzy, wytwory kultur plemiennych, nieco biologii w formalinie i na zdjęciach, samochody zmarłego prezydenta (łącznie z mercedesem z połowy lat '90). Do mniej typowych eksponatów należą z pewnością pierwszy tanzański bankomat i gablotka z prezerwatywami. Dokładnie tak, każde miejsce jest dobre na ideologiczną wojnę z HIV/AIDS. Ale ciekaw jestem jak gablotkę skomentował tata zwiedzający muzeum z dwójką dzieci w wieku, na oko, 6-7 lat. W ramach ideologicznej walki z... różnymi wadami tanzańskiego społeczeństwa, umieszczono glinianą figurkę (chyba autentyczna, 'plemienna' produkcja - na zdjęciu poniżej) człowieka kopulującego ze zwierzęciem. Podpis głosi "you must stop sleeping with your sister...". Dalej plemienne maski, dzidy, zdjęcie szamana przypalającego 'pacjenta' cygarem w ramach terapii, łódki rybaków, tradycyjne bębny, rekonstrukcja masajskiej chaty itp., itd.

Wychodzimy nieco rozczarowani małą ilością eksponatów. 'Na pocieszenie' pan przy pierwszej bramce mów nam, że jako wolontariusze powinniśmy byli wejść za darmo. Ale stwierdzamy, że nie będziemy wracać po nasze 5200 szylingów (około 10 zł). Niech przyczyni się choć trochę do rozwoju instytucji, do której z chęcią wrócimy, jak tylko otworzą nowe skrzydło. Zapytaliśmy tylko kiedy planują je otworzyć i odeszliśmy z nadzieją, że następnym razem zobaczymy więcej.




Przed wejściem


Drewniany rower


Całkiem niezły... bęben

"You must stop sleeping with your sister..."

Muzealne prezerwatywy - nad nimi pouczający opis


Coś dla miłośników owoców morza

Dziś nad wejściem do niemieckiej ambasady wisi nieco inna tabliczka, ale kiedyś wisiała ta.

Szaman dokonujący terapeutycznego przypalenia cygarem


Jeszcze tylko wymiana spojrzeń z żyrafą i... wychodzimy!