W naszym małym, białym domku brakuje jeszcze wielu mniejszych i większych rzeczy. Po nieudanej próbie kupienia w Segerea wszystkich potrzebnych sprzętów, planujemy wycieczkę do miasta. Niestety na razie znamy tylko okolice Posta, a to też nienajlepsze miejsce na zakup wszystkich koniecznych drobiazgów. Jest sobota rano, koło 9, głowimy się, co by tu zrobić, gdzie jechać, jak,
z kim… nagle dzwoni telefon. To Ojciec Krzysztof - nasz gospodarz. Telepatia chyba jednak istnieje. Zorganizował nam transport do Kariakoo i przewodnika, który pomoże nam kupić wszystkie rzeczy.
Mówi się, że aby zobaczyć, jak naprawdę wygląda handel w kręgu kultury suahili, trzeba jechać do dzielnicy Kariakoo. Jednak będąc białasem, lepiej nie zapuszczać się tam samemu. Po pierwsze dlatego, że nie jest tam do końca bezpiecznie (sporo kieszonkowców a tłum gęsty), po drugie dlatego, że ktoś, kto nie zna Kariakoo za nic nie znajdzie tego, czego szuka, a po trzecie dlatego, że łatwo zgubić się w wyglądających tak samo ulicach, wytyczonych pod kątem prostym, pełnych sklepów, straganów i chodnikowych stoisk handlowych.
Naszym przewodnikiem okazuje się… Vincent! Znowu zabieramy mu sobotę. Oprócz niego pojedzie z nami współpracujący z misją taksówkarz. Nie jedziemy po zakupy szkolnym autobusem, bo ryzyko przebicia opon, porysowania karoserii, albo dokonania innych zniszczeń jest zbyt duże. Najpierw udajemy się do supermarketu Shoprite (coś w stylu naszego Piotra i Pawła). Ceny z kosmosu, kupujemy kilka rzeczy, płacimy jakąś horrendalną kwotę za kilka drobiazgów (ale zdobywamy parówki! Zrobimy ‘tradycyjny, afrykański lunch’: hot-dogi, coca cola) i w drogę!
Kapuściński opisując Kariakoo wspomina o piaszczystych ulicach i „swahili house - rodzaj sowieckich komunałek - w jednym, parterowym budynku jest 8-12 izb…”. Dziś wszystkie ulice dzielnicy są wyłożone asfaltem, estetyka budynków nie poprawiła się znacznie, ale urosły o kilka pięter, a na parterze każdego są skelpy. Sklep przy sklepie, niekończący się szereg posklejanych ze sobą sklepików, które nie mają ani drzwi wejściowych, ani okien wystawowych, brakuje im całej przedniej ściany, co pozwala na objęcie wzrokiem całego asortymentu sklepu już z ulicy. Właściwie trudno wytyczyć granicę między ulicą a sklepikami, bo ich przedłużeniem są często stoiska chodnikowe, mogą tam też stać stragany innych handlarzy. Z kolei przedłużeniem stoisk chodnikowych są „stoiska” przenośne, dzięki którym sprzedawcy, przemieszczający się slalomem między samochodami, trafiają wprost do klienta, blokując przy tym i tak wiecznie stojący ruch. Panuje niemiłosierny wręcz ścisk. Instytucja chodnika w Afryce właściwie nie istnieje, toteż zarówno piesi, jak i wszystko co ma koła porusza się po tym, co w Europie nazywamy ulicą. Tutaj większy ma zawsze rację i nigdy nie zawraca sobie głowy mniejszym. Tuż po wkroczeniu na teren dzielnicy o mały włos zostalibyśmy stratowani przez wózko-rowery z arbuzami. Ich ‘kierowcy’, choć doskonale nas widzą, ani myślą zwolnić, skręcić, czy ostrzec nas przed tym, że nadjeżdają i nie interesuje ich zupełnie to, że nie mamy dokąd uciec, bo po lewej stoją samochody a z prawej właśnie oni, pędzą ze swoimi śmiercionośnymi arbuzami. Umykamy między zaparkowane ciasno, jeden przy drugim, samochody i reguły rządzące tutejszym ruchem ‘drogowym’ są już dla nas jasne.
Wjeżdżając do Kariakoo wkraczamy w świat afrykańskiej egzotyki handlowej. Otacza nas tęcza kolorów chińskiego plastiku i blask armatury łazienkowej. Handlarze nawołują, zachwalają, „Eee! Mzungu!” („hej, białasie!”) wołają w naszą stronę i polecją sprzedawane przez siebie towary. Podczas zakupów w tej części miasta nie spotykamy innych białych. Oprócz czarnych w Kariakoo można spotkać wielu Hidnusów, którzy mają tu swoje sklepy. Dar es Salaam to miejsce styku kultur: arabskiej, hinduskiej, a nawet chińskiej (choć dziś imigracja chińska to głównie prostytutki – tak przynajmniej twierdzi Abdallah, Brytyjczyk urodzony w Dar). Wokół nas tętni wielokulturowe, egzotyczne, życie handlowe. Większość biznesu w Kariakoo skupiona jest w opisanych wyżej parterowych sklepikach, ale nie brakuje też dużych, ekskluzywnych sklepów na pierwszych piętrach budnyków Kariakoo i drobnych, ‘indywidulanych przesiębiorców’: sprzedawców wody, krążących po ulicach, dających o sobie znać charakterystycznym, głośnym cmokaniem, sprzedawców papierosów ‘na sztuki’, rytmicznie potrząsających stosikiem monet w jednej dłoni, z tackami z towarem utkanymi z liści palmowych w drugiej ręce. Na każdym kroku można coś kupić, nawet nie ruszając się z miejsca, bo nagabywacz przyjdzie, wciśnie do ręki swój towar, jeżeli jest to odzież, targując się, siłą ubierze w nią klienta, po czym zacznie przekonywać, że doskonale na nim leży i że to towar najlepszej jakości (choćby była to podróbka adidasa za mała o dwa rozmiary). Oczywiście cały czas z wyciągniętą ręką będzie czekać na zapłatę. „Co potrzebujecie? Przyprawy?” To pierwszy punkt naszej listy. Vincent prowadzi nas do odpowiedniego sklepu, gdzie za pół darmo kupujemy zapas przypraw na kilka miesięcy: pieprz, sól, duża puszka pysznie pachnącego afrykańskiego curry, tandoori masala (do kurczaka), pilau masala (do ryżu), wielka torba piekielnie ostrych papryczek chili, torebka kminku, paczka ziaren kolendry, gratis dostajemy garść świeżego imbiru i czosnek. Dalej idziemy po warzywa. Porozkładane na ulicach albo na straganach, wyglądają apetycznie. Dojrzałe pomidory, różne rodzaje papryki, wiele odmian ziemniaków, wielkie papaje, krótkie i długie, żółte i zielone banany, pomarańcze w zielonej skórce, ananasy, mango, kassawa, trzcina cukrowa, czerwona cebula i inne, jeszcze nam nie znane płody afrykańskiego rolnictwa. Jako, że uliczny handlarz w Dar nie dysponuje wagą, wszystko kupuje się na sztuki albo na ‘stosiki’. ‘Piramidka’ pomidorów, ‘kupka’ słodkich ziemniaków, jeszcze kilka innych rzeczy ale nie za dużo, bo Mama Mrema też przywiezie nam dziś warzywa i owoce z targu (w tym też kassawę, którą już dziś spróbujemy… tak, tak, post o jedzeniu nadchodzi wielkimi krokami). Oczywiście płacimy grosze, a to zasługa Vincenta. Biały zawsze zapłaci dużo więcej. Prosty przykład: my, kupując 13 bananów w Segerea zapłaciliśmy w przeliczeniu 5 zł, Mama Mrema 2 zł!
Następnie udajemy się po akcesoria łazienkowe, podkładki pod garnki, talerze itd. Wchodzimy do dużego pawilomu handlowego. Architektura tej budowli jako żywo przypomina osiągnięcia polskiej myśli budowlanej lat 60-70. Na parterze sprzęt audio i wszechobecny chiński plastik, na jednym ze stoisk między szczotkami do toalet a miskami wszystkich rozmiarów i kolorów stoją… dzidy. Ponad dwumetrowe włócznie, z osadzonym na drewnianym kiju solidnym, długim, metalowym grotem. Na parterze pawilonu sprzedaje się też rękodzieło. Wyplatane koszyki, rzeźbione w drewnie naczynia, łyżki, moździeże, maty, wyplatane dywaniki i mnóstwo innych rzeczy, gęsto poukładanych na małych stoiskach. Piętro wyżej w sprzedaży artykuły rolnicze, chińskie rowery, tkaniny, maszyny do szycia (najpopularniejsze są tu maszyny przypominające stare Singery z napędem nożnym). Agnieszka kupuje piękną kitengę (tak, o tkaninach też trzeba kilka słów napisać) a stojący obok Masaj, kupujący ze swoim towarzyszem rower (oczywiście owinięci w tradycyjne ‘kocyki’, w sandałach z opon samochodowych) dziwi się, że Aga rozmawia ze sprzedawczynią w suahili i dołącza się do rozmowy: „A ten co tam stoi, to kto? Aaa, twój mąż. A on też zna suahili?...”
Potem jeszcze rundka po ulicach w poszukiwaniu paru rzeczy… Aga i ja kompletnie tracimy orientację. Wszędzie kolory, tłum, upał, słońce w zenicie, każdy budynek niby inny, ale jakby taki sam, same sklepy, żadnego punktu orientacyjnego, wszystkie zakręty pod katem prostym, już nie wiem, czy byliśmy w tym miejscu czy nie… koniec, Vincent kupuje puszkę farby i wracamy. Oszołomiony i zmęczony wsiadam do taksówki. Ale nie tylko mnie zakupy w Kariakoo dały się we znaki. W drodze powrotnej nasz przewodnik ucina sobie drzemkę na tylnym siedzeniu.
0 komentarze:
Prześlij komentarz