wtorek, 29 września 2009

Incydent na boisku

Incydent na boisku (29 wrzesień)

Zamykam za sobą stalową bramę, oddzielającą nasz ‘rajski ogród’ (piach, kurz, glina, kamienie i cztery papaje) od ulicy. To znaczy od pasa czegoś, co przypomina powierzchnię księżyca pokrytą dwudziestoma centymetrami piachu, po której z rzadka usiłują jeździć samochody. Po drugiej stronie tej typowej, miejskiej, afrykańskiej drogi, za rzędem rachitycznych krzaczków, rozciągają się spore tereny państwowej szkoły podstawowej. W kilku rzędach okratowanych baraków, pod spadzistymi dachami z blachy falistej, gnieżdżą się gigantyczne klasy. Ich liczebność oceniam na 50-60 osób każda. Jedna z klas, pod komendą wojowniczo wrzeszczącego nauczyciela, w kółko powtarza jakiś kilkuwersowy wierszyk, hasło… trudno mi stwierdzić, nie znam suahili jeszcze zbyt dobrze (właściwie prawie w ogóle). Trwa to co najmniej dziesięć minut, a dzieciaki w kółko powtarzają tę mantrę, nauczyciel drze się na nie pomiędzy wersami. Na szczęście nie przyszło mi pracować w takiej szkole.
Jest 13.10. Słońce pali niemiłosiernie, przysiadam na murku ‘stróżówki’ naszego Masaja. Po chwili przyjeżdża Vincent – kierowca szkolnego autobusu. Biały van Toyoty na piaszczystych wertepach kołysze się jak pojazd księżycowy. Strasznie dziś gorąco, na szczęście mam tylko dwie lekcje, ale obydwie na boisku.
Pod koniec drugiej godziny pojawia się dwoje nastoletnich chłopców. Wokół nich kręci się sfora półdzikich kundli. Nie dziwię się temu jakoś wielce, w końcu na boisku często siedzą jacyś ludzie, pasą się zwierzęta, mimo, że to teren szkoły. Ale w pewnym momencie obydwoje chłopcy wyciągają proce i zaczynają strzelać w powietrze i w stronę drzew. Dookoła dzieciaki grają w piłkę. Gdy ruszam w stronę nastolatków, chowają swoją ‘broń’, ale cały czas będą bacznie wypatrywać momentu, gdy się odwrócę i przestanę na nich zwracać uwagę.
Lekcja wkrótce się kończy, chłopcy znów wyciągają swoje proce. Podchodzę do nich i tłumaczę, że to teren szkoły, że to, co robią jest groźne dla dzieci… rezygnuję, bo naiwnością jest wierzyć, że znają angielski. Z nadzieją, że zrozumieją choć słowo ‘SECURITY’, mówię, że idę wezwać ochronę. Na swoje nieszczęście, jest to jedno z wielu słów, którego nie znają. Na pożegnanie jeden z nich pomachał mi tyłkiem (odpowiednik europejskiego środkowego palca).
Poczciwy ochroniarz John, specjalista od zdejmowania piłek z drzew i pocieszania płaczących maluchów, nie ruszył się zbyt daleko ze swego posterunku. Jednakże, jako jeden z dwóch w miarę dobrze władających językiem angielskim mężczyzn pracujących dla szkoły, wyjaśnił kierowcom autobusów i ich pomocnikom, co się dzieje. Już po chwili ze wzgórza, na którym znajduje się budynek szkoły, obserwowałem siedmiu mężczyzn szybko wbiegających na boisko.
Przez poprzedni rok pracowałem z młodzieżą, której zacni przedstawiciele nie mieli oporów by w obecności nauczyciela podejść do tablicy i napisać „… [w miejscu kropek nazwisko nauczycielki] to ch**" lub podejść podczas przerwy do nauczyciela i odezwać się do niego przy pomocy następującej, grzecznościowej formuły: „A jak pan ma na imię? Bo słyszałem, że jakoś głupio.” (Dodam, iż nie byli to wychowankowie zakładu poprawczego). Nie ponosili za to żadnych konsekwencji. W Afryce coś takiego nie przyszłoby nikomu do głowy, a jeśli już to skończyłoby się chłostą do krwi poprawioną w domu. W związku z tym z lekką trwogą acz pewnością, że problem zostanie szybko i trwale rozwiązany, oczekiwałem na dalszy rozwój wydarzeń.
Nie wracali dość długo, wolę nie myśleć, co działo się przez te dziesięć minut, ale w końcu przyprowadzili jednego płaczącego chłystka. Drugi dostał w krzakach. Doprowadzony miał prawdopodobnie więcej szczęścia, bo świadków było więcej. Ponadto do wymierzania sprawiedliwości zabrał się Vincent, raczej potulny, spokojny i rozważny człowiek. Kazał winowajcy wypiąć się opierając ręce o pieniek. Ten dyskutował, więc dostał kilka razy w twarz z otwartej dłoni, po czym inny kierowca chwycił go, a Vincent wymierzył mu trzy, niezbyt mocne, razy witką.
Młodego chuligana przyprowadzono razem z dowodem rzeczowym jego winy. Proca była wykonana solidnie i profesjonalnie. Spokojnie można by nią zabić.

EDIT: Ten przykład tanzańskiej sprawiedliwości to przypadek, który skończył się bardzo humanitarnie. Być może spoliczkowanie dzieciaka, przez obcego mu mężczyznę w obecności kilkunastu światków wydaje się nieludzkie, ale Tanzania nie ma problemu gówniarzy zakładających nauczycielom na głowy kosze na śmieci, ani nastoletnich recydywistów, których prawo chroni bardziej niż ich ofiary. Jednak samosądni Tanzańczycy bywają okrutni i zjawisko takie, jak opisywane w którymś z wcześniejszych postów, wcale nie jest rzadkością. W dzień incydentu na boisku, jedna z sióstr misjonarek, naszych sąsiadek, opowiedziała o zdarzeniu, którego była świadkiem tego samego dnia. Otóż w jednym ze sklepów z ubraniami złapano złodzieja. Ludzie, będący świadkami kradzieży, chcieli złodzieja od razu zabić. Na jego szczęście przyjechała policja i został aresztowany, choć biorąc pod uwagę realia tanzańskich więzień, nie wiadomo jak dalej potoczą się jego losy.


Segerea nocą

W końcu przenieśliśmy się do naszego małego, białego domku. Teraz jesteśmy sami pod jednym dachem, na 40-50 metrach kwadratowych, odgrodzeni od świata kratami, popijając colę z tanzańską brandy, wsłuchujemy się w noc. Jest 20.40, za oknem egipskie ciemności, a wokół domku, jak księżyc dookoła ziemi, krąży Masaj, nasz strażnik. Uzbrojony w kij, ubrany w tradycyjny kocyk i dżinsy, czujnie nasłuchuje i wypatruje, a my wierzymy, że nie zaśnie. A nawet jeśli zaśnie, to że się obudzi, jak coś złego się będzie działo.

A zdarzyć się może wiele. Afrykańska noc zapada nagle i jest niebezpieczna, a karzące ramię samosądnej sprawiedliwości oraz tanzańska policja nocą nie funkcjonują. Jeden z franciszkańskich misjonarzy z niedalekiego miasta opowiadał o zbrojnym napadzie miejscowych na zakon. Policjant przyjmujący zgłoszenie powiedział, że przyjadą z odsieczą, jeśli… ktoś po nich przyjedzie. Dlatego domu kustodialnego pilnuje ochroniarz z długą bronią, a nas ochroniarz Masaj z kijem. Uzbrojenie wprost proporcjonalne do wielkości budynku i wartości tego, co znajduje się wewnątrz.

Gęstą czerń nocy przenikają tylko dźwięki, które niosą się daleko przez uśpione miasto i brzmią niezwykle wyraźnie. Do snu kołyszą nas cykady. Hipnotyczny rytm ich pogaduszek jest jak tykanie zegara, które niektórym nie daje spać, dla innych wręcz przeciwnie: jest najlepszym lekiem na bezsenność. Od czasu do czasu coś w oddali zaskrzeczy, zaśpiewa, czasem ładnie, a czasem jak zardzewiała huśtawka, w ciszy afrykańskiej nocy wydaje się być tuż za oknem. Do chóru nocnych odgłosów dołącza imam. Meczet to pierwsza i ostatnia świątynia, która daje o sobie znać. Godzinę -dwie przed pierwszą mszą w świątyni Katolików, długo po ucichnięciu walecznych pohukiwań Świadków Jehowy, minaret śle w ciemność swoje proroctwa. Niektóre przerywają sen, inne się weń zręcznie wplatają, przywołując Allaha na świadka naszych snów… z bogiem Muzułmanów rozmawia koreańska lodówka marki Daewo, z głośnym stękaniem chłodząca nasze napoje, a kroki Masaja za oknem odmierzają sekundy do końca świata.

niedziela, 27 września 2009

afrykańska myśl budowlana (Aga i Kuba)

Nasz przepiękny, malutki, biały domek został ukończony i wykończony z mikroskopijnym (jak na afrykańskie warunki) dwutygodniowym opóźnieniem. Prezentuje się ładnie i jego przepych (dwa małe pokoiki, trochę większy przedpokój, dwie malutkie łazieneczki i kuchnia) przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Jesteśmy wdzięczni i szczęśliwi. Szczęście owo pozostałoby niezmącone i przerodziłoby się w euforię, gdyby nie… afrykańska myśl budowlana.
Zjawisko to wprawiło nas w zdumienie gdy tylko przekroczyliśmy próg pokoju domu kustodialnego, w którym nadal, tymczasowo, mieszkamy. Zadziwiającym przejawem okołorównikowej inwencji architektonicznej są… kraty wewnętrzne. Tak, dokładnie tak. W tutejszych budynkach kraty montuje się od strony pomieszczeń mieszkalnych. A może kraty te mają chronić okno, przed mieszkańcami, którzy… co mogą zrobić? Nie rozumiem, nie mieści nam się w naszych europejskich łbach, dlaczego otwierając okno, musimy ładować ręce między żelazne szczeble, może mają one chronic okno przed otwarciem? To miałoby sens. Przez okno wlatuje robactwo, lepiej go nie otwierać, lepiej zakratować, żeby nikomu nie chciało się otwierać… tak, to jest doskonały przykład afrykańskiej myśli budowlanej. Prawdopodobnie światły architekt, który wpadł na ten genialny pomysł, kierował się taką logiką.
A może ta krata w oknie pełni li tylko funkcję estetyczną? Wszak wiele napotykamy tu obiektów, które w oczach tubylców są ładne, piękne, użyteczne, a w oczach Europejczyków – kuriozalne. Dobrym tego przykładem jest estetyka cmentarna. Zdaje się, że nie można już wymyślić nic bardziej egzotycznego niż wieńce z plastikowych kwiatów, znicze w kształcie mikołaja wygrywające „Jingle Bells”, czy też zwyczajne znicze wygrywające melodyjkę zespołu Ich Troje („Wstań, powiedz nie jestem sam…” (sic!)) Okazuje się jednak, że można. W jaki sposób? Ano zamiast płyt granitowych, kamiennych, czy marmurowych zastosować płyty, przepraszamy, płytki łazienkowe. Dokładnie tak! Groby odlane z betonu, a na nich równiutko ułożone płytki ceramiczne, zwykle w kolorze białym lub niebieskim, takie, jakie można znaleźć w wielu polskich łazienkach i basenach. W dniu dzisiejszym tylko chrześcijański szacunek dla zmarłych powstrzymał nas przed urządzeniem sesji fotograficznej dwóm kozom pożywiającym się cmentarnymi wieńcami, zajadanymi wprost z takich właśnie kafelków.
Wracając jednak do tematu domku: w nim, tak jak w wielu innych afrykańskich domostwach, kraty zamontowano od strony wewnętrznej. I możnaby się z tym było pogodzić, gdyby nie fakt, że malowano je po założeniu nie otwierając przy tym okien, nie mówiąc już o zabezpieczeniu czymkolwiek szyby i powierzchni znajdujących się w pobliżu. Dzięki takiemu podejściu do sprawy nieustraszonych afrykańskich budowlańców, spędzilismy niedzielę z butelką rozpuszczalnika i owiniętymi szmatką patyczkami, za pomocą których ścieraliśmy setki czarnych kropek z nowiutkich, bielutkich sanitariatów. Podobnie było z szybami. W ciagu jednego dnia udało nam się umyć zaledwie dwa okna. Na długie afrykańskie „zimowe wieczory” pozostało jeszcze osiem.
Jednak farba to nie jedyne nasze zmartwienie. Podobny, acz bardziej tragiczny, los spotkał nowy, chromowany zlewozmywak w kuchni i brodziki w łazienkach. Plamy z cementu i bardzo mocnego kleju są praktycznie niemożliwe do usunięcia. A podłożenie tekturki, gazetki, szmatki, owinięcie folią, papierem toaletowym, liściem palmowym, otworzenie okna podczas malowania krat… te tak cudownie proste czynności mogłyby tak diametralnie odmienić końcowy efekt wysiłku afrykańskich budowlańców. Mogłyby, ale nikt na to nie wpadł. Standardy pracy tutaj są bardzo odmienne od europejskich i nie pozostaje nam nic innego jak tylko przyzwyczaić się do nich.

czwartek, 24 września 2009

PIERWSZY WYPAD NA MIASTO – część druga, w sercu miejskiej dżungli

Wysiadamy na przystanku ‘Posta’, jednej z głównych arterii komunikacji miejskiej Dar es Salaam. „Przystanek” to tutaj fragment dwupasmowej ulicy, na którym kilkanaście autobusów, tkwiących w nieskończonym korku, wysadza pasażerów i wrzaskiem pomocnika kierowcy informuje oczekujących dokąd mogą jechać danym dala-dala. Niezorientowani w egzotycznej przestrzeni miejskiej Dar wychwytujemy słowo ‘Posta’ z ust krzyczącego do pasażerów asystenta kierowcy i wyskakujemy z autobusu. Od chodnika dzieli nas kilka metrów, z lewej widzimy przyspieszający autobus, łapię Agnieszkę za ramię i wskakujemy na chodnik czując na plecach powietrze poruszone przez dala-dala, który pewnie nawet by się nie zatrzymał, gdyby nas potrącił.

W centrum miasta spotykają się: zeuropeizowana, wielkomiejska Afryka i goście z przedmieść, lub autochtoni o bardziej tradycyjnym podejściu do życia. Widzimy kobiety w klasycznych garsonkach, ubrane jak pracownice biur rodem z Europy i Muzułmanki z włosami zakrytymi kolorowymi chustami lub buibui (rodzaj nakrycia twarzy i głowy, zza którego widac tylko oczy kobiety). Obok facetów w eleganckich garniturach i krawatach przechadzają się Masajowie w tradycyjnych strojach i… sandałach z opon samochodowych. Handel kwitnie. Na parterach czegoś na kształt 20-30 letnich bloków, sklep przy sklepie. W klimatyzowanych wnętrzach jest wszystko czego dusza zapragnie: kosmetyki, telefony komórkowe, artykuły audio-wideo, książki, płyty cd, dvd i nadal popularne kasety, przed sklepami małe stoiska ze wszystkim co popadnie: gumą do żucia, pastą do butów, gazetami… Pasta do zębów na jednym, na kolejnym zabawki, słodycze i leki. Kwitnie też handel na kocykach rozłożonych zwykle na samym środku chodnika, tak, by blokując przejście zwracać uwagę potencjalnych klientów. Tutaj można kupić ręczniki, plastikowe złoto, noże, w pobliżu „przystanków” dala-dala stoją też „rozmieniacze”: mężczyźni ze stosikami odliczonych drobniaków rozmieniający pieniądze pomocnikom kierowców dala-dala. Oczywiście pobierają stosowną prowizję.

Przechodzimy na światłach. Na skrzyżowaniu dwupasmowych ulic w Dar, luksus sygnalizacji świetlnej jest zarezerwowany wyłącznie dla kierowców. Pieszy kieruje się widokiem stojących lub jadących samochodów. Gdy tylko się zatrzymają, trzeba szybko przebiec, bo nie wiadomo kiedy ruszą. Z duszą na ramieniu pokonujemy przejście i…

Trafiamy do centrum sprzedaży kang i kitenge (chyba powoli trzeba będzie napisac o co z nimi chodzi…). Tutaj po dwóch stronach ulicy, sklepik przy sklepiku, przed sklepikami handlarze „chodnikowi”, a wszędzie można kupić tylko kolorowe materiały. Tutaj nie ma już krawaciarzy i odstrzelonych po europejsku pań, tutaj kwitnie tradycyjny handel, odgłosy targowania, krzyki naganiaczy, mieszają się z odgłosami ze szwalni, w których nadal szyje się na starych maszynach typu ‘Singer’. Szwacze, bo w większości są to mężczyźni, swoje stanowiska pracy rozkladają też na chodnikach. Otacza nas psychodeliczna tęcza barw i rozmaitość wzorów, na większych stoiskach do wyboru po kilkaset różnych kang i kitenge. Sprzedawcy zaparaszają, pokazują, na wąskim chodniku niesamowity ścisk i tłok, przejście blokują grupy mężczyzn rozpakowujący wielkie paczki z hurtową dostawą materiałów, jest około 13, słońce prawie w zenicie, żar leje się z nieba, rozgrzany asfalt podgrzewa atmosferę, oczywiście nikt nie mówi po angielsku, Aga dogaduje się w suahili, próbuje się targować, sklepikarz o indyjskich rysach udaje niewzruszonego, więc dziękujemy i wychodzimy. Wtedy obojętnym tonem rzuca „cztery pięćset” – wygraliśmy, kupujemy kangę i idziemy w stronę przystanku. Agnieszka potem przez całą drogę powrotną będzie żałować, że nie podała niższej ceny. Musimy wracać. Około 14 może być problem z dostaniem się do dala-dala, bo bitwę o miejsca w przepełnionych autobusach niełatwo wygrać, a pomocnicy kierowców na pewno nie zlitują się nad dwoma spóźnionymi białasami.

Zmęczeni i rozbawieni absurdami afrykańskiej rzeczywistości wracamy do Segerea. Wsiadamy do powrotnego dala-dala, który natychmiast zapełnia się pasażerami. Po drodze Aga wzbudza niemałą sensację prosząc w suahili pomocnika kierowcy o dwa bilety do Segerea. Ten robi minę jakby zobaczył kosmitę, pasażerka obok wykrzykuje na cały głos: „Anajua kiswahili !!!” (ona zna suahili). Nagle wszyscy się ożywiają i zarzucają Agnieszkę lawiną pytań. Nie na wszystkie jest w stanie odpowiedzieć, mówi, że nie rozumie, że jeszcze się uczy, jednak mimo to wszyscy się niezmiernie cieszą i gratulują. Od tej pory patrzą na nas przyjaźniej. A my, uśmiechnięci i ściśnięci w tłumie ludzi na tylnych siedzeniach dala-dala nie możemy się doczekać kolejnej wyprawy do ‘centrum’.
















środa, 23 września 2009

PIERWSZY WYPAD NA MIASTO – część pierwsza, autobus w stronę centrum (wtorek 23 września, custody house)

Segerea to dzielnica leżąca prawie na obrzeżach wielkiego, rozlazłego Dar es Salaam. Do ścisłego centrum jest stąd kilkanaście kilometrów. Korzystając z jeszcze jednego dnia wolnego od pracy, po raz pierwszy wybieramy się ‘na miasto’ (mimo, iż ramadan skończył się wczoraj, to w związku z tym, że w piątek nie było wiadomo czy skończy się w poniedziałek czy wtorek, dyrektorka szkoły ogłosiła wolne do dnia dzisiejszego włącznie).

Oczywiście przebycie dystansu dzielącego nas od centrum wymaga skorzystania z usług komunikacji miejskiej. Podróż publicznymi środkami transportu w Afryce sama w sobie może być niezłą przygodą i jest świetnym sposobem na przyjżenie się z bliska ludziom i ich życiu, a organizacja systemu komunikacji miejskiej jest sama w sobie bardzo afrykańska i na jej przykładzie doskonale widać czym różni się Europa od Czarnego Lądu.

Idziemy na dworzec autobusowy Segerea. Tutaj od dawna nie jest tak, jak opisywal Kapuściński. Rzadko trzeba czekać aż autobus napełni się pasażerami przed odjazdem (choć poza miastem wielogodzinne oczekiwanie nadal jest normą). Oczywiście rozkładu jazdy brak, przystanek nie jest też w żaden sposób oznaczny. Wszyscy przecież wiedzą gdzie zatrzymują się autobusy. Nie ma więc sensu ustawiać znaku. Dala-dala (nazwa autobusu w swahili stosowana w Tanzanii – w Kenii, sąsiednim kraju, w którym także używa się suahili popularniejsza jest nazwa ‘matatu’) zatrzymuje się, pomocnik kierowcy krzyczy na cały dworzec (lub ulicę) którędy i przez co jedzie (te same informacje są też wypisane na autobusie), pasażerowie wsiadają, jeśli miejsca jest za mało pomocnik kierowcy upycha ich tak, by zmieściło się możliwie dużo ludzi i… odjazd! Po drodze, jeśli to możliwe, asystent kierowcy zbiera opłatę za przejazd, jeśli przez autobus nie da się przejść, płaci się przy wysiadaniu. W każdym dala-dala gra muzyka, czasami tak głośno, że trudno wytrzymać. Zagłuszenie starego silnika diesla wymaga niemało mocy w głosnikach. Oprawę muzyczną naszych podróży stanowi repertuar lokalnych rozgłośni radiowych, puszczających przeboje popularne w Europie kilka lat temu (trafiliśmy między innymi na Evanescence i Enrique) i różne lokalne szlagiery.

Dala-dala to zwykle stare busy Toyoty, mniejsze i większe, z rzadka młodsze niż 20 lat. W ogóle Afryka to wielkie złomowisko japońskich aut, których stan techniczny jest tak zły, że w innych częściach świata prawo nakazuje ich złomowanie. Większość autobusów miejsckich w Dar wygląda, jakby za chwilę miały się rozlecieć. Popękana, rdzewięjąca karoseria, odpadające elementy nadwozia, niedomykające się drzwi, brak niektórych (lub większości) szyb, tapicerka siedzeń praktycznie nie istnieje, spod sypiącej się z sufitu dykty widać wewnętrzną część karoserii. Oczywiście od czasu do czasu coś odpada. Jadąc w stronę miasta widzieliśmy zatrzymany na poboczu dala-dala, którego odsuwane drzwi stały oparte o pobliski płot. Kierowca głowił się co z tym fantem zrobić (prawdopodobnie jak by to sklecić do kupy i jechać dalej).

W związku z tym, że możliwości dbania o stan techniczny pojazdu są ograniczone tylko do działań mogących maksymalnie wydłużyć jego tropikalną emeryturę (lub agonię), kierowcy w inny sposób okazują swym autkom miłość. Ozdabianie autobusów w Afryce to zagadnienie tak szerokie, że możnaby nim wypełnić niejedna pracę naukową. Jednak repertuar możliwych motywów jest w Dar mocno ograniczony, ponieważ kolor szerokich pasów wzdłuż całej karoserii jest określony i musi korespondować z trasą, na której jeździ dany autobus. Pozostaje więc zdobnictwo wewnętrzne, które nie jest tutaj powszechnie przyjętym zwyczajem, ale dach jednego z autobusów, którym dziś jechaliśmy, był od środka wyłożony niezmiernie wyświechtaną wykładziną dywanową, z której w okolicach lamp i wzdłuż okien zwisały równie brudne frędzelki. Innym, zdecydowanie bardziej popularnym motywem artystycznym, są różnego rodzaju manifestacje ideologiczne umieszczane na tylnej szybie autobusu (ewentualnie pod szybą, w przypadku większych pojazdów) ograniczające widoczność z tyłu. Różnorodność form i treści owych dzieł zadziwia. Niektóre z nich są wykonywane rękoma kierowców, inne wyglądają na gotowe naklejki. Z gotowców widziałem dziś kilka autobusików z naklejką przedstawiającą dwie rozmodlone kobiet w stroju islamskim, trzymające w rękach (najprawdopodobniej) koran, w tle meczet. Inne gotowe naklejki przedstawiają… Baraka Obamę. Ale pełnię swej kreatywności kierowcy manifestują w hasłach wymalowanych z tyłu pojazdu. Muszę zacząć prowadzić spis tych haseł, bo niektóre są zaiste pocieszne. Od zaczerpniętych z popkultury („Get rich or die tryin’”) przez różne tradycyjne manifestacje religijności („Jesus saves” – wszystko niby jasne, tylko czemu przyozdobione trupią czaszką?) po inne, bardziej enigmatyczne religijne frazesy („Top Jesus” – cokolwiek autor miał na myśli).

Jeśli kogoś przeraża stan techniczny wehikułu, lepiej niech do niego nie wsiada. Jazda afrykańskim autobusikiem – to dopiero jazda! I to wcale nie ze względu na stan tanzańskich dróg (asfalt to zjawisko niezbyt powszechne) ani przepisy drogowe tutaj obowiązujące (odnosi się wrażeniie, że poza jazdą z lewej strony drogi nie ma innych zasad). Kierowca dala-dala jest jak berzerker w ferowrze walki. Dziki szał w oczach, maksymalna możliwa (nie mylić z dozwoloną) prędkość, do zwolnienia może go tylko zmusić tzw. "leżący policjant” (zwykle pień drzewa wkopany w drogę), ale spowolniene dotyczy tylko przedniej osi pojazdu, gdy tylko przednie koła przetoczą się przez przeszkodę, następuje natychmiastowe przyspieszenie, tak nagłe, że pasażerowie z tyłu podskakują na wysokość kilkudziesięciu centymetrów (w mniejszych pojzadach wiąże się to z silnym uderzeniem głową w dach). Na szczęście podczas naszej pierwszej przejażdżki żaden z kierowców nie zabił nikogo ani niczego, ale jeśli coś stoi na drodze autobusu, ma marne szanse na przeżycie. Między innymi, słyszeliśmy historię o kierowcy, który z pełną prędkością wjechał w stado owiec pozostawiając za sobą przepołowione i zmiażdżone ciała wielu zwierząt.

Na dworcu spotykamy Abdullaha. Brytyjczyka urodzonego w Dar es Salaam. W drodze do centrum opowiada nam trochę o sobie, udziela rad i opowiada o Dar. „Nie ufajcie nikomu” powtarza kilka razy. „Uważajcie na swoje torby”. „Ja zawsze noszę przy sobie to” – pokazuje przypięty do paska nóż. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski krzyknął „Aha! W Londynie jest wielu Polaków, zamiatają podłogi, to dobrzy pracownicy”. Opowiada o sławnym więzieniu w Segerea, ponoć ludzie wolą się zabić niż iść do znanego z potwornych tortur zakładu karnego. Ostrzega nas też przed policjantami w białych mundurach „mogą was zastrzelić miejscu!”. Mówi, że w Dar nie ma publicznych toalet, i że za oddawanie moczu ‘pod murem’ grozi sześć miesięcy więzienia. Wygłosił jeszcze kilka rasistowskich uwag i po chwili rozstaliśmy się w Mnazimoja, przystnaku na którym wsiadamy w autobus do stacji ‘Posta’. Wizja Afryki według Abdullaha to jedna z dwóch skrajncyh: paranoicznej, której głosiciele widzą czające się na każdym kroku niebezpieczeństwo i umiarkowanej. Uznającej, że każdy ciemny zaułek świata jest tak samo niebezpieczny.

Po około godzinnej podróży docieramy do centrum…