piątek, 16 października 2009

Owadztwo

Gdyby wszystkie afrykańskie robale i owady nadawały się do spożycia, problem głodu w Afryce by nie istniał. Co więcej! Wiele krajów Czarnego Lądu byłoby światowymi potęgami w produkcji i eksporcie żywności.

Niestety. Tylko nieliczne gatunki można jeść i poza prażoną szarańczą i tzw. 'flying sausages' (nazwa doskonale opisuje wygląd robala - je się je na świeżo, natychmiast po złapaniu w locie) nie wiem nic o jadalnych owadach w Afryce. A ich różnorodność, ilość, a czasem też i wielkość, zadziwia. Wszędzie ich pełno. W powietrzu, na ziemi, na ścianach. Muchy, mrówki, karaluchy.

Te ostatnie spotkaliśmy w naszym małym, białym domku na długo zanim się do niego wprowadziliśmy. Wielki, brązowy robal z długimi czułkami spacerował sobie po naszej łazience na wiele dni przed inauguracyjnym spuszczeniem wody w klozecie. Później znaleźliśmy jeszcze dwa lub trzy martwe okazy i... Na szczęście na tym się skończyło. Wygląda na to, że robale upodobały sobie naszą chatkę na długo przed nami i niecierpliwie czekały aż coś zacznie się dziać w kuchni. Nie spodziewały się, że trafią na domowników lubiących czystość i insektycydy.

Uniknięcie problemu karaluchów w domu jest stosunkowo proste. Wystarczy zamykany kosz na śmieci, jedzenie schowane w szafkach i lodówce, pozmywane naczynia i czysta kuchnia, by pyszne zapachy nie przyciągały nieproszonych gości. Do tego odrobina chloru na podłodze, od czasu do czasu prewencyjne pryskanie odpowiednimi środkami, by chemiczna woń zniechęcała do spaceru 'na skróty' przez nasz czysty domek.

Karaluchy to nie problem. Co innego muchy. Natręty te, występujące w zdumiewających ilościach, całymi rojami wlatują do domu przy każdym otwarciu drzwi, a nawet, gdy się je zamyka, nie wiadomo jakim cudem znajdą sobie drogę do środka by latać, bzyczeć, denerwować. Oczywiście są na nie sposoby, a raczej środki, ogólnodostępne i bardzo tanie. Nadgorliwością z naszej strony było przywożenie z Polski dwóch wielkich sprayów zabijających wszystko, co lata. Raz w tygodniu, wychodząc z domu, zamykamy okna i obficie spryskujemy wszystkie pomieszczenia. Gdy wracamy, na podłodze zastajemy kilkanaście-kilkadziesiąt martwych owadów. Miejscowi stosują też naftę. Rozlanie odrobiny na podłodze albo przetarcie nią np. stołu sprawia, że muchy znikają. Nafta otumania je i skaczą po podłodze jak pchły albo krótkimi, półmetrowymi wzlotami próbują uciec gdzieś, gdzie będą mogły swobodniej odetchnąć.

Oczywiście najbardziej niebezpiecznymi owadami są tutaj komary. Roznoszące malarię żerują w nocy, przenoszące żółtą febrę w dzień. O ile przeciw tej drugiej jesteśmy szczepieni, o tyle przed tą pierwszą nie chroni nas nic. Pozostaje więc unikanie ukąszeń i walka z owadami za pomocą wszelkich dostępnych środków, od klapek po insektycydy. Poza tym konieczne są: spanie pod moskitierą, długie ubrania, repelenty, ale ten, kto twierdzi, że te środki uchronią go przed ukąszeniami, nie docenia sprytu komarzyc. Bestie te potrafią cierpliwie wyczekiwać i czaić się w miejscach tak strategicznych jak wnętrze muszli klozetowej! Na szczęście w naszym domku zamieszkały już gekony i wspierają nas w walce ze wszystkim co nieproszone lata po domu.

Innymi przedstawicielami afrykańskiej fauny, którzy przeniknęli do naszego domostwa, były pająki. Dwukrotnie pojawiły się w domu, nazwałem je turbo pająkami, ze względu na rozwijaną przez nie prędkość. Walka z nimi trwała dość długo, ponieważ biegały tak szybko, że ubicie ich łapką na muchy było bardzo trudne, a po uderzeniu okazywało się, że ośmionogi gość ma się równie dobrze co przed atakiem i zabawa zaczynała się od nowa. Te, które weszły do domu nie były chyba groźne dla ludzi, ale raz tuż przed drzwiami domu widzieliśmy wielkiego pajęczaka, którego ukąszenie na pewno bardzo by bolało, o ile nie niosłoby ze sobą poważniejszych konsekwencji. Na szczęście pająki boją się ludzi bardziej niż ludzie ich i same z siebie nie atakują. Oczywiście można zostać ukąszonym, gdy przypadkiem nadepnie się na zamyślonego robala, ale dlatego właśnie chodzenie boso czy w klapkach jest odradzane wszystkim podróżującym do Afryki.

Przed wyjazdem kupiłem wysokie, wojskowe, buty pustynne i (dosłownie) na każdym kroku przekonuję się, że to dobry pomysł. Pająki, skorpiony i węże to jedno. Bardziej niebezpieczne od nich są choćby doskonale zamaskowane w wysuszonej trawie zardzewiałe druty kolczaste, rozciągnięte tu i ówdzie na wysokości kilku-kilkunastu centymetrów nad ziemią. Czy to jako pułapki, czy są to pozostałości po dawnych ogrodzeniach… nie wiem. Dwukrotnie potknąłem się o taką konstrukcję i bardzo cieszyłem się, że nie miałem na sobie sandałów. Poza tym w butach pustynnych dużo wygodniej chodzi się po afrykańskich ‘chodnikach’, na których stopa zapada się na głębokość kilku centymetrów w piasek, a jeśli droga jest utwardzona, to drobinki żwiru wpadają do otwartego obuwia zmuszając do przerwania marszu.

„Zamknięte” buty chronią też przed wszechobecnymi, wszędobylskimi mrówkami. Jest ich tu mnóstwo, kilkanaście gatunków. Od maciupkich, wspinających się po drzewach po wytyczonych przez nie same trasach szybkiego ruchu, które z daleka wyglądają jak czarna rzeczka, po dwucentymetrowe, czarne giganty mieszkające w ziemi. Gdy przyjrzeć się temu, co dzieje się na poziomie gruntu, widać ciągłą walkę. Mrówki z mrówkami, spotykają się i staczają bitwy, mordują inne owady, zaciągają je do swoich domów, ciągle coś niosą, budują, są zdecydowanie jedynym gatunkiem istot żywych w Afryce, o których z czystym sumieniem można powiedzieć, że są pracowite. Ciągle w ruchu, ciągle w biegu, w europejskim pośpiechu.

0 komentarze: