piątek, 9 października 2009

wschód słońca (Kuba)

Budzę się koło 5.30. Mrok nocy powolutku ustępuje miejsca dniu. Jeszcze chwilę przewracam się z boku na bok, nie zasypiam, więc postanawiam nie marnować czasu. Sfotografuję wschód słońca.

Nasz ogródek niestety nie zapewnia spektakularnej perspektywy pozwalającej obejrzeć to wydarzenie od pierwszej chwili, gdy rąbek czerwonej kuli wychyla się zza horyzontu. Domek jest położony w małym zagłębieniu terenu, jakby dolince, więc gdy słońce wyjrzy zza domów i palm, będzie już świecić pełnią swego porannego blasku. Ale co z tego. Kilku fotek strzelić nie zaszkodzi. Wyskakuję z łóżka, mam dziś wolne! Pracuję od poniedziałku do czwartku. Nie muszę się spieszyć, po wschodzie nie będę musiał nigdzie gnać, w spokoju zjem śniadanie…

Najpierw jednak kawa. Bez tego się nie ruszę. Sypię rozpuszczalną Kilimanjaro, do tego 3 łyżeczki brązowego cukru, kawa stygnie, w międzyczasie myję ząbki (prysznic później), ubieram się, robi się coraz jaśniej, trzeba się spieszyć bo wschód słońca trwa zaledwie kilkanaście minut. Biorę łyk mocnej kawy, wyjmuję aparat, wychodzę… w tył zwrot! W końcu widzę legendarne roje afrykańskich komarów. Gdy tylko przekraczam próg domu kilkanaście natrętów leci w moją stronę, a gdzie nie spojrzeć tam lecą kolejne. Próbują dostać się do domu przez zamknięte okno, siedzą na zewnętrznej ścianie domu, jest ich mnóstwo. Takiego stężenia tego diabelstwa w powietrzu jeszcze nie widziałem. Ubieram buty, długi rękaw zamiast t-shirtu, owijam szyję i głowę szalem maskującym nasączonym taką ilością chemii, że wszystko co lata powinno paść trupem jeszcze w powietrzu, jeśli znajdzie się w odległości mniejszej niż metr. Dłonie spryskuję repelentem. Wychodzę. Krążą wokół mnie całym rojem, ale żaden nie siada. Słońce chowa się jeszcze za horyzontem, ale robi się coraz jaśniej. Najpierw poświata, niezwykle jasna, strzelam kolejne zdjęcia. Czas naświetlania z minuty na minutę coraz mniejszy: 1/800, 1/1000, 1/1250... w końcu pierwszy promień pada na obiektyw. Komarów coraz mniej. Wraz ze słońcem budzi się życie. Koguty pieją, stado hałaśliwych wróbli (takich samych jak polskie) zaczyna latać po całym ogrodzie, za płotem słychać hordę dzieci zmierzającą do molochowatej szkoły za płotem, poranny apel w rytmie wielkiego bębna rozpoczyna lekcje. Wracam do domu dopić kawę rozmyślając nad przyszłością naszego pustynnego ogrodu, w którym, o dziwo, coś zaczęło rosnąć!






0 komentarze: