Przede wszystkim mogę powiedzieć jedno: jest dobrze. Nie brakuje nam niczego, a dostęp do świeżych, miejscowych składników i własnej kuchni sprawia, że samodzielnie możemy prowadzać eksperymenty kulinarne. Zaletą tego jest nie tylko dowolność przyrządzania potraw, na które akurat mamy ochotę, ale i bezpieczeństwo gwarantowane przez czystość naszej własnej kuchni i rąk. Wszak większość groźnych chorób i pasożytów bierze sie tutaj właśnie z brudu.
Mięso
W tropiku biały wegetarianin nie pożyłby zbyt długo. Nie tylko dlatego, że każda czynność wykonywana w afrykańskim upale wymaga większych nakładów energii niż w bardziej umiarkowanym klimacie. Także dlatego, że owoce i warzywa rosnące na jałowej ziemi zawierają mniej składników odżywczych i witamin. Chyba wszyscy biali imigranci wcinają jakieś witaminy. I my też musimy zacząć, bo zaczynają się problemy z włosami.
Mamy dostęp głównie do cielęciny i drobiu. Ta pierwsza w polskim mięsnym miałaby najwyżej status tzw. mięsa gulaszowego. Twarda i żylasta, tylko wielogodzinne gotowanie lub duszenie może sprawić, że kawałków nie trzeba długo żuć przed połknięciem, tylko można je w miarę normalnie pogryźć. Ponadto przed wrzuceniem do gara każdy kilogram trzeba poddać półgodzinnej operacji usuwania niejadalnych fragmentów. Tutejsi rzeźnicy (lub rolnicy) nie znają idei krojenia świni czy krowy na kawałki, które w naszych stronach noszą apetyczne nazwy (szynka, schab, karkówka, golonka...). Mięso to mięso a krowa to krowa. Na ślepo rąbią zwierzaka jak kłodę drewna a potem... Męcz się kucharzu! Ale smak jest w porządku. Niepasione chemią cielaczki smakują wyśmienicie, podsmażone na tutejszym czosnku, świeżym imbirze, z cebulą, zaprawione pili-pili (tutejsza odmiana chili), w ostrym sosie z afrykańskim curry, z ziemniakami, marchewką, papryką... Palce lizać!
Kury to inny temat. Wysportowane, szczupłe "wyścigówki", biegające całymi dniami na szybkich, długich nogach w poszukiwaniu czegoś do jedzenia pośród zalegających wszędzie śmieci, nadają się tylko na rosół. Oczywiście zjada się je tutaj przyrządzone na różne sposoby (a rosół, jak i inne zupy jest raczej nieznany), ale połówką takiego kurczaka dorosły człowiek ledwo się naje.
W ogóle zwierzęta hodowlane biegają po tutejszych "ulicach" samopas i jedzą, co znajdą, a te, trzymane w bogatszych domach, karmi się odpadkami spożywczymi. Prócz kur i krów je się jeszcze świnie i... kozy. Tych ostatnich jeszcze nie próbowaliśmy, ale upieczona w całości kózka jest tu dość popularna, jako sposób na uczczenie różnego rodzaju okazji.
A jak wygląda sklep mięsny... Lepiej nie pytajcie. Zbita z desek buda, czasami murowana, zwykle bez okien, w której na wielkich hakach zwisają 3-4 ochłapy oblepione muchami, czasami też rządek czegoś przypominającego brudne szmaty, co przy bliższych oględzinach okazuje się wnętrznościami. Trudno jednak stwierdzić, jakiego gatunku i czy to w ogóle gatunek ziemski, czy flaki jakiegoś kosmity. Na szczęście nie musimy zaopatrywać sie w mięso w tych przybytkach, gdyż to, które jemy pochodzi z ofiar od wiernych i często przed przyrządzeniem jeszcze się rusza (patrz foto) oraz z uboju z własnej hodowli misji.
Podczas mszy wierni często składają ofiarę "w naturze". Natura czasami jeszcze się rusza. Na zdjęciu: płody rolne i żywa kura złożone w ofierze w kaplicy na przedmieściach.
Owoce i warzywa
Rosnące na każdym kroku drzewa owocują na okrągło. Papaje i cytryny zrywamy prosto z gałęzi. Kokosów też mnóstwo. Popularne u nas banany i ziemniaki występują w większej rozmaitości rodzajowej niż w Polsce. Jest tu kilka odmian ziemniaków i chyba kilkanaście bananów, nie wszystkie z tych drugich spożywa się na surowo. Zielone smaży się i je wraz z mięsem (albo bez) na obiad. Jednak jak już wcześniej wspomniałem, pyszne, słodkie pomarańcze, arbuzy i inne owoce, jak i dorodne marchewki, czerwone pomidory, zielone papryki mają mniej witamin niż w Europie.
Papaje rosnące w naszym ogrodzie
Ananas doskonale nadaje się na placek
Do obiadu, zamiast ziemniaków
Niezwykle popularny jest tu ryż. Przyrządzany na wiele różnych sposobów smakuje wyśmienicie. Może być z marchewką, przyprawami, jedzony do dań, jak kartofle do schabowego w Polsce, albo, jako główny składnik jednogarnkowego pilau (z mięsem i ziemniakami wmieszanymi w przyprawiony ryż). Oczywiście nie profanuje się tu ryżu jak u nas, gotując go do postaci kleistej brei, lub w woreczkach. Przed gotowaniem ryż dokładnie się płucze, myje, lekko nasącza wodą, a potem (surowy!) podsmaża na oleju z cebulą, dopiero potem gotuje. Wtedy jest naprawdę dobry!
Równie popularnym składnikiem tutejszych dań jest ugali. Jest to rodzaj białej kaszy kukurydzianej. konsystencja ugotowanego ugali przypomina gęstą kaszkę mannę, tylko bardziej się klei. Praktycznie nie ma smaku, ale jej zaletą jest to, że pęcznieje w żołądku, dzięki czemu nawet mała porcja daje poczucie sytości na wiele godzin.
Pilau masala leci do gara...
Za chwilę ryż wyląduje na stole wraz z...
pysznym curry, które swój smak zawdzięcza...
afrykańskim przyprawom!
Kassawa
Czyli maniok, to typowo afrykański specjał. Usmażona w głębokim oleju w smaku przypomina frytki, jednak nasiąka tłuszczem mniej niż ziemniaki przyrządzane w ten sposób. O poranku, jadąc do szkoły, wzdłuż czerwonej, gruntowej drogi, widzimy kobiety, które w dużych naczyniach przypominających woki, przyrządzają kassawę i sprzedają ją mężczyznom idącym do pracy. Na każdym rogu stoją sprzedawcy surowej postaci tego typowego dla Afryki warzywa. Kassawa na stałe zagościła w naszej kuchni. Jest doskonałą, sycącą przekąską, gdy nie chce się gotować.
Kassawa surowa
Kassawa gotowa
Napoje :)
Niestety, wytrawny miłośnik kawy będzie mocno zawiedziony dostępnością tej używki w Tanzanii. Cała produkcja wysokogatunkowa jest eksportowana do krajów bardziej rozwiniętych. Na miejscu można kupić tylko kilka rodzajów niezbyt smacznej kawy rozpuszczalnej. Z herbatą jest już lepiej. Choć wybór też nie jest imponujący, to smak, szczególnie herbaty imbirowej, posłodzonej brązowym cukrem (innego tu brak), zadowoli smakoszy tego trunku.
Oczywiście najpopularniejszym napojem, chyba w całej Afryce, prócz wody mineralnej, jest... Coca Cola/Pepsi i wszystkie produkty obydwu koncernów. Ponoć istnieje uzasadnienie naukowe takiego stanu rzeczy. W upalnym klimacie słodkie napoje lepiej nawadniają organizm. (Choć wydaje mi się, że takie „teorie naukowe” to raczej pokłosie propagandy obydwu koncernów, niż prawda mająca cokolwiek wspólnego z nauką.) Coca colę można dostać wszędzie. Na środku pustkowia, w zabitej dechami wiosce, gdzie w pięciu chatach z krowiego łajna i trzciny nie ma bieżącej wody ani toalet, można znaleźć sklepik, w którym sprzedają najpopularniejszy napój Jankesów.
Jednak ja, jako smakosz innego napoju gazowanego, z radością penetruję świat wschodnioafrykańskiego browarnictwa. Tutejsze produkty zaskakują mnie swą jakością, a w sprzedaży jest co najmniej tyle samo (a powoli zaczyna mi się wydawać, że więcej) rodzimych gatunków, co w Polsce. Serengeti, Safari, Tusker, Kilimanjaro, Castel, Redds (w smaku zupełnie inny niż nasz – dużo lepszy, mniej słodki, nawet mnie zasmakował – a dodam, ze nazywanie Reddsa, Gingersa itp. piwem uważam za profanację tego szlachetnego trunku)… spróbowałem i żadne z nich nie ustępuje Tyskiemu czy Warce, a tylko trochę brakuje im do zielonego Lecha czy Żywca. Delikatne w smaku (może trochę za delikatne), schłodzone idealnie gaszą pragnienie.
Z mocniejszych trunków próbowaliśmy tylko tanzańskiej brandy. Zbyt wiele dobrego nie można o niej powiedzieć, ale dobrze schłodzona, z colą jakoś wchodzi. Jest jeszcze kilka miejscowych win, ale przyjdzie jeszcze czas, by je wypróbować.
Czosnek, chili, cebula, alkohol.
Cóż mają wspólnego? To naturalni sprzymierzeńcy człowieka w tropiku. Czosnek: naturalny antybiotyk, niszczy bakterie w układzie pokarmowym i oddechowym, mobilizuje białe krwinki do obrony, ponadto jego zapach odstrasza komary. Uwielbiamy czosnek i zawsze jedliśmy go dużo, a teraz jemy jeszcze więcej. Czasem nawet trzy czwarte główki do dania, śmierdzimy na kilometr. Ale… nie gryzą nas! Może coś w tym jest.
Cebula również działa bakteriobójczo, ponadto zwiększa odporność organizmu na choroby. Jemy po kilka dziennie. Dwie do jajecznicy, pięć – sześć do obiadu, też lubimy i wcinamy jej sporo! Chili również zabija bakterie, ponadto pobudza wydzielanie soków trawiennych, a dobre trawienie w tropiku to podstawa. Na szczęście jedzenie z dużą ilością chili też lubimy, a zakupiona na targu w Kariakoo torba ostrych papryczek starczy na długo.
O ile powyższe środki regularnie spożywane doskonale pomagają zapobiegać różnym problemom zdrowotnym, o tyle alkohol, z oczywistych względów nie powinien być stosowane równie regularnie, co one. Ma on jednak w tropiku swoje znaczenie i nie jest nim jedynie uprzyjemnianie długich, afrykańskich wieczorów. Alkohol ponoć działa przeciwmalarycznie i odstrasza komary. Nie znalazłem naukowego potwierdzenia tych informacji, ale wielu podróżników w swych relacjach i poradach mówi o właśnie takim jego działaniu. Nie ulega jednak wątpliwości, że w odpowiednim stężeniu (co najmniej 40%) pozwala zapobiec nawet najpoważniejszym zatruciom. Początek biegunki? Niepokojące uczucie w żołądku? ‘Niepewny’ posiłek? Prewencyjne pół szklanki whisky, brandy czy wódeczki (koniecznie na czysto, bez lodu) lepiej zrobi niż antybiotyk dwanaście godzin później. Przez pierwsze dwa tygodnie towarzyszyła nam litrowa butelka whisky Grant’s, potem wspierała nas lokalna brandy. I żadnych dolegliwości typowych dla pierwszych tygodni pobytu w tropiku (związane ze zmianą wody, nową florą bakteryjną, innym jedzeniem) ani zatruć nie doświadczyliśmy.
Tyle o jedzeniu i piciu w Afryce na dziś, ale to nie wszystko, oj nie wszystko co można w tym temacie napisać. Będziemy starać się pisać o tym więcej, a może w czasie grudniowych wakacji stworzymy jakieś oddziene miejsce w siecie poświęcone tematyce kulinarnej, nie tylko afrykańkiej.
przedpokój w końcu umeblowany! Tutaj jemy.
śniadanko











0 komentarze:
Prześlij komentarz