sobota, 10 października 2009

Ghetto blaster

„Lubimy piosenki i różne inne dźwięki” więc nasza ciekawość realiów tanzańskiego rynku muzycznego wymaga zaspokojenia! Już po pierwszej wizycie w sklepie muzycznym (budka z desek o powierzchni 4 metrów kwadratowych) okazuje się, że aby kompleksowo zaspokoić audiofilskie skłonności, trzeba być szczęśliwym posiadaczem magnetofonu. Tak, przedpotopowy gad znany jako kaseciak, magnetofon, jamnik, walkman, ma się tu naprawdę dobrze! Nie znaczy to, że płyt nie ma, ale na pięć CD na stoisku przypada karton taśm. Również cena kaset zachęca. Około 3zł za sztukę (przy 10-15 za płytę) sprawia, że można sobie pozwolić nawet na eksperymentalne kupowanie w ciemno. Przynajmniej od czasu do czasu. Ale po kolei. Najpierw trzeba mieć na czym ich słuchać.

Na rozeznanie w rynku odtwarzaczy starego typu poświęciłem trochę czasu. Okazuje się, że już za (w przeliczeniu) 40 zlotych można dostać mały magnetofon mono z radiem, na nieduże urządzenie stereo trzeba wydać około 60 zł, od 80 zaczynają się małe ghetto blastery (trochę mniejsze niż te z teledysków Run DMC), lepszy sprzęt odpowiednio droższy. Właśnie taki ghetto blaster upatrzyłem sobie w Segerea w jednym ze sklepów ze wszystkim, czego się nie je (od elementów rur kanalizacyjnych, przez naczynia i – jakżeby inaczej – chiński plastik, po zabawki i sprzęt audio-wideo). Piękny! Kanciasty, z ciemnopomarańczowego, grubego, plastiku, z wielkimi srebrnymi przyciskami, ogromnym wyświetlaczem częstotliwości, oczywiście z podświetlanym wskaźnikiem, poruszanym za pomocą wielkiego, srebrnego pokrętła. Pełen oldschool! Czegoś takiego w Polsce nie ma już od dobrych trzydziestu lat. Niewykluczone, że w Dar ten egzemplarz spędził tyle samo czasu, ale… nie osądzajmy książki po okładce. Oczywiście cena radiomagnetofonu waha się od 40 do 50 tysięcy szylingów (80 - 100 złotych), w zależności od pogody, siły wiatru, wilgotności powietrza i nastroju handlarza. To standard w Afryce. Tu nie ma czegoś takiego jak naklejka z ceną (a czasem, nawet jeśli jest, to i tak sprzedawca żąda innej kwoty). Po porównaniu kilku produktów w różnych miejscach decyduję się właśnie na ten, piękny, stary ghetto blaster dostępny w Segerea.

Przychodzę do sklepu z gotówką. Oczywiście nie zamierzam dać 100 złotych za kawał chińskiego plastiku, więc zabieram 40 tysięcy i idę. Mijając stosy plastikowych misek i wiader, nad którymi górują sterczące mopy, zbliżam się do sklepu, odgarniam girlandę zwisających na sznurkach elementów kanalizacji i wchodzę do pozbawionego okna wystawowego i drzwi przybytku handlowego. Udaję, że czegoś szukam, rozglądam się, zastanawiam, odgrywam spektakl krytycznych spojrzeń na sprzęt audio i pytam o cenę ‘mojego’ radiomagnetofonu. „50.000” słyszę od sklepikarza. Na szczęście dziś jest ten, który mówi po angielsku. Trochę. To daje mi możliwość zastosowania odpowiedniej retoryki. „W zeszłym tygodniu był po 40” – mówię. On na to „45.000”. „Wiesz co, w Kariakoo mają takie same, tylko trochę mniejsze po 30.000. Nie zapłacę połowę więcej za sprzęt tylko trochę większy.” Nie zrozumiał. Upraszczam wypowiedź, usmiecha się i mówi „40”. „35” – odpowiadam. „nie, nie…” mówi. „Dobra, pokaż jak chodzi” – proszę by podłączył sprzęt. Włącza radio. „Coś tu szumi” – mówię, choć to nie do końca prawda. „W lewym głośniku, słyszysz?” potakuje, pomrukuje, zastanawia się ciężko… „Włącz magnetofon” – mówię. Oczywiście nie ma kasety. Wychodzi gdzieś na pięć minut, wraca z taśmą, włącza i… gdybym powiedział, że zdziwiłem się, że nie działa, skłamałbym. Sprzedawca ma minę nietęgą. Wstyd! Uśmiecham się i pytam o inny sprzęt. Wielki, jednogłośnikowy radiomagnetofon jeszcze starszej generacji. W sklejkowej obudowie w drewnianej okleinie, z wielkim, czerwonym włącznikiem, wygląda super, ale… też niesprawny! Oj, sklepikarz ma minę nietęgą! Pokazuje mi jeszcze jakieś małe rzęzidełko. Ledwo bzyczy, choć w pełni sprawne. Za małe dla mnie. No cóż. Została jeszcze tylko wieża. Miniwieża stereo, wygląda na sprzęt całkiem nowej generacji, ale… bez odtwarzacza CD. Tylko magnetofon (nawet bez autoreverse’u) i radio. Ale gra fajnie, dźwięk niezły, czysty, głośniki rozstawiane, oczywiście stereo… W zeszłym tygodniu kosztowała 60.000. Ciekawe ile dziś zawoła. „50.000” – mówi, zatroskany stanem technicznym oferowanych we własnym sklepie towarów. „Słuchaj: mam 40.000” – odpowiadam, zgodnie z prawdą. „45.000” – schodzi z ceny. „Ale ja naprawdę mam tylko 40”. „Ok, give money”. Koniec, dobiliśmy targu. „Pakuj i biorę” – zaczyna szukać pudła. Trwa to i trwa… a ja jestem w środku dnia pracy, nie mam czasu czekać! „Słuchaj, poszukaj kartonu, przyjdę po 15, zapłacę i wezmę, ok?” – zastanawia się i zastanawia, co ma powiedzieć, jak bym mu niewiadomo jaką zagadkę zadał. Czyli nie zrozumiał. Powtarzam powoli, oczywiście zgadza się bez szemrania, i tak wie, że ma przechlapane, że białas rozpowie, że sprzedaje szajs i koniec, koniec świata! Oczywiście nie powiem nikomu… może oprócz kilku osób, ale ciekaw jestem, czy gdy przyjdę tam następnym razem chiński getto blaster będzie nadal będzie stał na półce sklepu ze wszystkim, czego się nie je.

0 komentarze: