poniedziałek, 2 listopada 2009

Malaria



Dzień pierwszy, 23 październik 2009

W piątek coś zaczęło być nie tak. Wstaję jak zwykle wcześnie, ale czuję się nieswojo. Jakby niewyspany, nie mogę się dobudzić. Próbuję policzyć ile godzin spałem, wychodzi na to, że powinienem czuć się lepiej. Po długim ziewaniu i przeciąganiu w końcu wstaję. Z nosa leci jak z kranu, zatoki zatkane, głowa boli. Ale tylko troszkę. Ot, zwykłe przeziębienie. Dzień wcześniej spocony jak mysz po dwóch godzinach biegania z dzieciakami po boisku łyknąłem dwie zimne cole. Wszystko się zgadza. Pewnie przeziębienie.

Czuję się całkiem sprawny, jakby nic poważnego mi nie było. Zabieram się więc za ćwiartkę prosiaczka, którego dostaliśmy z misji. Obieram, oporządzam, marynuję mięsko na niedzielnego grilla, piekę do chleba i na obiad na przyszły tydzień, robię smalec. Ale są chwile, gdy czuję sie gorzej, słabiej, jednak temperatury brak, żadnych innych objawów malarii nie mam. Nawet nie chcę o tym myśleć. Przecież sławna afrykańska choroba nie może wyglądać jak zwykły katarek! W końcu coś zwala mnie z nóg i kładę się spać. A to zdarza mi się tylko przy poważnych dolegliwościach.

Wieczorem, po długich wahaniach, idziemy do poradni. Nie mają prądu. Dziwne. U nas w domu jest, a tutaj i w okolicznych budynkach akurat wysiadł. W związku z brakiem zasilania nie mogą zrobić badania na obecność zarodźca malarii. Wracamy do domu, wcześnie kładę się spać.

Dzień drugi

Budzę się z bólem gardła. Zatoki zatkane, czuję się niezbyt dobrze, ale nadal nie jest to nawet jedna trzecia porządnej, polskiej grypy. Ot, lekkie przeziębienie, którego teraz jestem już pewien. Ale ostrożności nigdy za wiele, idziemy na badanie. Siadamy w poczekalni małego, czystego ośrodka zdrowia, nie mamy do niego zbyt daleko, może 100 metrów, w telewizji lecą reklamy na jakimś chrześcijańko-sekciarskim kanale, "pray for America! Call 1-800...". Kto to ogląda? Patrzę na Agnieszkę i śmiejemy się z tego jak absurdalnie brzmi taki tekst w sercu Afryki. A może myślą, że my jesteśmy Amerykanami i włączyli nam ten kanał, żeby dodać nam otuchy? Wcześniej mieliśmy już wątpliwą przyjemność zostania pomylonymi z przedstawicielami tej nacji.

Ponieważ jestem tego ranka jedynym pacjentem, lekarz szybko mnie przyjmuje, przeprowadza wywiad, "to może być pasożyt malarii" mówi. Oczywiście, że może być! Choć klasycznych objawów brak (biegunka, wymioty, ostre bóle mięśni i stawów, dreszcze, wysoka gorączka, poczucie przeszywającego zimna - stąd polska nazwa choroby, 'zimnica'), malarię zwiastować może dosłownie wszystko. Jak w każdym tego typu przypadku przeprowadza test. Jednorazową igłą pobiera kroplę krwi z palca. "Proszę zaczekać".

Po kilku minutach wybiega z laboratorium. Idzie gdzieś, biegnie z powrotem, po chwili jeszcze raz gdzieś idzie. Nic nie mówi, nie uśmiecha się, niecierpliwie czekam na jakieś "spokojnie, wszystko w porządku", woła mnie do gabinetu.

„Masz malarię drugiego stopnia”. Od razu czuję się poważnie chory, oblewa mnie zimny pot, kręci mi się w głowie, nogi miękną, wpadam w paranoję.

Pociesza jedynie współczynnik "two in number", czyli dwa na wielostopniowej skali określającej zaawansowanie choroby. "Tylko kilka pasożytów w próbce, wczesne stadium, szybko wyzdrowiejesz". Przepisuje nowoczesny lek i jeszcze jeden wspomagający środek, oczywiście za wszystko płacimy, w przeliczeniu 26 złotych za wizytę, badanie i dwa leki, które otrzymuję na miejscu. Czyżby polska służba zdrowia była daleko za...

Wracając czuję się coraz gorzej. Przed oczami robi się raz jasno, raz ciemno, czuję, że muszę się położyć. Biorę lek, idę powiedzieć siostrom, że jestem chory, że w poniedziałek nie będzie mnie w szkole i szybko kładę się do łóżka. Zapadam w głęboki sen. Nie budzi mnie nawet ulewa, która rozpętała się 'z okazji' nadchodzącej małej pory deszczowej, wyjścia Agnieszki na zakupy w ogóle nie rejestruję. Po około dwóch godzinach budzę się potwornie głodny i zaczyna być lepiej. Wraca jasność myślenia, mogę wstać. Dopiero później wyczytam z ulotki dołączonej do chińskiego leku, że tak właśnie powinno być, że w ciągu dwóch godzin od wchłonięcia leku powinno się odczuć znaczną poprawę. Mimo to czeka mnie weekend w łóżku, choć czuję, że już w niedzielę będę miał ochotę zarówno na wcześniej planowanego grilla, jak i wyprawę na plażę Kipepeo, w której już zdążyliśmy się zakochać. Ale nic z tych rzeczy!

Popołudnie i wieczór spędzam z ‘Miastem Utrapienia’ Pilcha, leżę na kanapie, czuję jak organizm walczy z chorobą i z godziny na godzinę jest coraz lepiej.

Cała sprawa wygląda jakbym w jednym z wcześniejszych postów wykrakał bieg wydarzeń. Prawie dwa tygodnie po skończeniu profilaktyki przeciwmalarycznej zachorowałem. Biorąc pod uwagę fakt, że czas inkubacji zarodźca to 7-14 dni, najprawdopodobniej komarzyca przenosząca malarię użądliła mnie w czasie brania leku, zarodziec krążył czekając na odpowiedni czas na wyklucie i zrobił to, gdy tylko skończył mnie chronić przyjmowany lek.

Co dalej? Oczywiście pod znakiem zapytania stoi przedłużenie pobytu w tropiku ponad planowany rok. Choć nie jest to tak do końca przesądzone, ponieważ po przebyciu malarii nabywa się jako taką odporność. Z drugiej strony chorują wszyscy i chorują ciągle. Biali, czarni, mieszkający w Dar od urodzenia i ci, którzy są tu od kilku miesięcy, regularnie są nękani przez chorobę. Zobaczymy jak będzie. W razie czego powrócę do profilaktyki przeciwmalarycznej, tym razem w postaci miejscowych środków, a przed wyjazdem trzeba będzie wytruć pasożyty mogące krążyć we krwi dawką specjalnego leku.

Dzień trzeci

Niedziela. Budzę się z głową jeszcze trochę 'zatkaną' (dokładnie tak, jak przy odchodzącej grypie) i całe przedpołudnie męczy mnie uczucie otępienia. Biorę moje chińskie tabletki i znów zapadam w dwugodzinną drzemkę. Budzę się już całkiem zdrowy, silny, wyspany, jednak jeszcze leżę. Szybko się męczę, ale nastrój rozdrażnienia, przygnębienia, braku weny (tak, tak, ta dziura w blogu między 16 a 25), odchodzi. Leżę i czytam, odwiedzają nas siostry, ojcowie, pan Mtenga. Wizyty i beztroskie rozmowy dodatkowo podnoszą mnie na duchu.

Zdecydowanie lekki przebieg choroby dobrze wróży na przyszłość i choć każda malaria może być inna, to każdy mówi, że ma 'swoją' malarię i powracający zestaw objawów. Z opisów wynika, że są dużo ostrzejsze niż moje a początek jest dużo bardziej gwałtowny. Ludzie zwykle lądują w poradni z 3-4 stopniem zaawansowania choroby. Mi udało się zacząć leczenie już przy 'dwójce', a kto wie, czy dzień wcześniej, gdy w poradni nie było prądu, nie była to jeszcze 'jedynka'. Jeśli moja malaria będzie tak lekka w przebiegu, nie tylko nie powinna zakłócić naszych planów, ale powinna dać się wcześnie diagnozować i leczyć bez stosowania jakichkolwiek nadzwyczajnych środków (hospitalizacja, wyniszczające organizm kroplówki ze świństwami ratującymi życie poważnie chorym itp.). Choć przesądzić tego, oczywiście, nie można. Zobaczymy, jak będzie wyglądać przebieg zimnicy u Agnieszki, choć w związku z tym, jak choroba wygląda w moim przypadku, podejrzewamy, że przeszła ją jeszcze podczas przyjmowania leku przeciwmalarycznego (wspominane w jednym z pierwszych postów 'przewianie').

dzień czwarty

Choć wszystko jest w porządku, zostaję jeszcze w domu. Po pierwsze dlatego, że lepiej dać sobie jeszcze dzień na pełną regenerację, po drugie dlatego, że pozostały mi do wzięcia jeszcze dwie chińskie tableteczki, a one znów mogą rozłożyć mnie na łopatki i pogrążyć w głębokim śnie w samym środku dnia. Tak też się dzieje. Dwie krótkie drzemki, przerwane telefonem i wizytą majstra (od siedmiu boleści) Adama. Poza tym 100% powrót do formy. Już wszystko w porządku. W przyszłym tygodniu jeszcze badanie kontrolne na obecność zarodźca malarii i będzie można mówić o pełnym zwycięstwie.

Malaria Agnieszkowa

W mojej rodzinie uchodzę za strasznie chorowitego. Jest w tym coś z prawdy, bo każdą, wiszącą w powietrzu infekcję łapię natychmiast. Stąd moja malaria nie była niczym wielce zaskakującym. To normalne, że będąc tutaj w końcu się ją łapie, bo jest jak nasza grypa: powszechna, z okresami mniejszej i większej liczby zachorowań, z regularnie wybuchającymi epidemiami, zabija nielicznych najsłabszych, chorują na nią wszyscy. Dziwnym i wyjątkowym jest, jeśli ktoś po dłuższym pobycie tutaj jej nie złapie. Co więcej: według miejscowych, lepiej złapać malarię możliwie szybko, bo jeśli kogoś dopadnie dopiero po kilku latach od przyjazdu to wtedy choroba ma zacznie poważniejszy przebieg.

W każdym razie odchorowałem swoje szybko i bezboleśnie, początkowo moja najukochańsza żona wpadła w niemały popłoch dowiadując się, że mam malarię, ale minął tak samo szybko jak moja choroba. Agnieszka to zdrowa, silna kobieta, od zarania zahartowana w życiu w warunkach wysoce chorobotwórczych. Zanim jeszcze nauczyła się chodzić ze smakiem zjadała wielkie karaluchy z podłogi akademika, w którym mieszkała w Białymstoku z rodzicami jako niemowlę i w przeciwieństwie do mnie, nigdy poważnie nie chorowała.

Ale jeszcze zanim ja zdążyłem skończyć swoją, trzydniową serią chińskich tabletek przeciwko zimnicy, Agę coś zaczęło brać. Już w niedziele pojawiły się pojedyncze ukłucia a żołądku, delikatne bóle mięśni, ledwie zauważalne bóle stawów, oczywiście moją żonę, jak każdą kobietę, do lekarza zagania się siłą, ale gdy we wtorek zaczęła słaniać się na nogach i zasnęła na przeszło godzinę w środku dnia, w końcu udało mi się zmusić ją do wyprawy do przychodni w Segerea.

Test z krwi wykazał oczywiście malarię, z tym, że już trzeci stopień. Dwójka czy trójka na wielostopniowej skali to jeszcze nic, ale im wcześniej zacznie się leczenie, tym lepiej. Agnieszka dostała ten sam lek co ja, ale w jej przypadku poprawa nie była widoczna tak samo szybko. Osłabienie utrzymywało się kilka dni, w nocy spała 12 godzin, w dzień jeszcze kilka, wciąż narzekała na ból głowy, pierwsze dwa dni terapii wyglądały, jakby lek w ogóle nie działał. Zaczynałem się już poważnie martwić, gdy w końcu zaczęło być trochę lepiej. Apetyt się poprawił, poczucie humoru wróciło, choć każde wstanie z łóżka i wykonanie kilku prostych czynności kończyło się krótszą lub dłuższą drzemką, to oznaki poprawy były wyraźne i choroba z godziny na godzinę ustępowała. W sobotę, po całodziennej wyprawie do miasta, znów zaczęły się bóle głowy i złe samopoczucie. Natychmiast poszliśmy zrobić test. Dolegliwości okazały się mieć związek z najzwyklejszym w świecie PMS. Test wykazał brak zarodźców malarii we krwi. Ja idę na ostateczny kontrolny test dopiero jutro, ale ponieważ czuję się zdrów jak nigdy w listopadzie, nie sądzę, by coś jeszcze we mnie siedziało. W ramach editu wkleję jutro kwitek z wynikiem badania.

0 komentarze: