W dniu dzisiejszym kończymy gorąco zalecaną (żeby nie powiedzieć reklamowaną) przez lekarza serię leku przeciwmalarycznego X. Mija 30 dni od wzięcia pierwszej tabletki i czas ten jest maksymalnym dozwolonym przez ulotkę czasem zażywania leku. O co chodzi, wie każdy, kto kiedykolwiek odwiedził tzw. lekarza chorób tropikalnych. Tym, którzy nie mają pojęcia o czym mowa, powiem tylko tyle, że lek trzeba brać codziennie, a opakowanie 12 tabletek kosztuje 200 (słownie: dwieście) złotych. Ile kosztowała kuracja łatwo można wyliczyć. Kuracja! Za dużo powiedziane. Lek X zaledwie powstrzymuje rozwój zarodźca malarii w organizmie, sprawiając, że krąży w krwioobiegu spokojnie i czeka na bardziej dogodny czas na rozwój. Zamienia się w bombę z opóźnionym zapłonem, która może wybuchnąć po kilku dniach lub kilkunastu latach (sic!). „Więc po cholerę go żeście brali?” Pytanie nasuwa się automatycznie. Wstępnie planowaliśmy nie stosować żadnej profilaktyki farmakologicznej, jednak wystraszeni przez lekarza postanowiliśmy dać sobie czas na bezstresową aklimatyzację i zacząć ewentualne chorowanie po tym okresie.
Dlaczego lek tyle kosztuje? Przeciwmalaryki profilaktyczne i leki faktycznie leczące chorobę są w Afryce tak powszechnie dostępne i tanie jak tabletki przeciwbólowe w Polsce. Cena jest kwestią chęci wzbogacenia się koncernów farmaceutycznych, bo leki w Afryce dziwnym trafem wcale nie muszą tyle kosztować, a problem malarii mógłby zostać całkowicie rozwiązany tak jak niegdyś na południu Włoch. Również sama choroba nie zabija natychmiast tego, którego dotknie. Śmiertelność wynosi około 1 na 300 zachorowań, liczba zbliżona do ‘osiągów’ zwykłej grypy (1 na 1000 bezpośrednio z powodu choroby + niestwierdzona, znacznie większa ilość zgonów w wyniku powikłań). Umierają oczywiście słabi, niedożywieni, starzy, noworodki, chorzy na AIDS itp., jak również ci, u których malaria nie zostaje wystarczająco wcześnie wykryta. Nieleczona jest śmiertelna, ale zdławiona w zarodku nie stanowi zagrożenia dla życia i zdrowia. Ale zawsze można mieć pecha, złapać malarię mózgową podczas kilkudniowego safari, pomylić ją z grypą i… do widzenia! Dlatego interes się kręci. Sądziłem, że X będzie trudny do zdobycia. Nic podobnego. Jest w każdej aptece w Poznaniu, a nawet jeśli nie ma, w ciągu kilkunastu godzin można go sprowadzić. A teraz zadanie dla studentów/absolwentów ekonomii i pokrewnych kierunków: zalecane zażywanie leków przeciwmalarycznych to tydzień przed wyjazdem, cały pobyt, tydzień po powrocie ze strefy zagrożonej malarią. Ilu turystów wyjeżdża rocznie w podróż do takich terenów, ile muszą przyjąć tabletek i jaki jest możliwy przedział zysków koncernów ze sprzedaży leków przeciwmalarycznych? Strach ma wielkie oczy i przynosi wielkie zyski. Do kwestii tego, co przemysł farmaceutyczny wyczynia w Afryce kiedyś jeszcze wrócę, na razie polecam film „Wierny Ogrodnik” i powiem tylko, że z historii opowiadanych tutaj ‘z pierwszej ręki’, ewentualnie z drugiej, wynika, że wszystko co w tym filmie zostaje powiedziane, jest prawdą. A właściwie ułamkiem prawdy.
Abstrahując od polityki: w ciągu tygodnia-dwóch wstępnie się okaże, czy już nosimy w sobie zarodźca malarii i czy stanowi dla nas poważne zagrożenie. Komary nas prawie nie gryzą (nie każdy komar przenosi malarię) więc raczej nie ma czym się przejmować, ale jeśli pojawi się gorączka, biegunka, wymioty, łamanie w kościach… wszystko będzie jasne. Czy zachorujemy? Trudno powiedzieć. Niektórzy biali siedzący tu po 20 – 30 lat nie chorują, inni po tygodniu przywożą najcięższe odmiany choroby. Reguły nie ma. Ważne, by chronić się przed ukąszeniami komarzyc grasujących po zmroku, dbać o siebie, nie przemęczać się, dobrze jeść, wysypiać się. Jak na razie spełniamy wszystkie warunki, by nie zachorować, ale na wszelki wypadek, trzymajcie za nas kciuki!
0 komentarze:
Prześlij komentarz