http://bezgranic.blog.polityka.pl/
dalszy ciąg opowieści o Afryce i naszych przygodach na Czarnym Lądzie, znajdziecie pod tym właśnie adresem.
Dar es Salaam (z arabskiego Domostwo Pokoju) stolica administracyjna Tanzanii, zamieszkałe przez około 3 miliony ludzi miasto portowe, położone nad Oceanem Indyjskim. Segerea to część miasta, w której przez najbliższy rok będziemy mieszkać i pracować jako nauczyciele w tutejszej szkole podstawowej.
Autor: fntx o 14:51 0 komentarze
36,6 stopni w moim ciele, tyle samo lub więcej poza nim na dworze , jedynie w domu ciut chłodniej – 32,7. W takich warunkach przyszlo nam zacząć wakacje. Właściwie to ja jeszcze ich nie mam, bo muszę odbyć tydzien dyżuru w szkole – pisanie planów pracy, konspektów lekcji, przygotowywanie pomocy naukowych, przyjmowanie potencjalnych gości, i tak dalej.
Już o ósmej, gdy wychodziłam z domu, zrobiło się gorąco. Niestety, musiałam iść pieszo. A spacer w takim upale nie należy do łatwych, lekkich i przyjemnych. Mijałam budynki i budyneczki, stragany, szkołę, domy, uliczne jadłodajnie, w których kobiety smażyły mandazi (miejscowe racuchy) na śniadanie… Ludzie, których spotykałam po drodze swoim zwyczajem pozdrawiali mnie: Habari za asubuhi? (Jak mija poranek?), odpowiadałam: Salama (Spokojnie), inni mówili Tumsifu Jesu Kristo! (Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus), odpowiadałam: Milele amina (Na wieki wieków…), mniejsze dzieci swoimi nieco wystraszonymi buźkami mówiły arabskim zwyczajem: Shikamoo (dosł. padam do twoich stóp), odpowiadałam Marahaba (przyjmuję twoje uniżenie), większe dzieci krzyczały za mną: Mzungu! Mzungu! (Białaska! Białaska!), nie reagowałam, jeszcze większe i bardziej aroganckie dzieci krzyczały: Mzungu, give me money!, odpowiadałam Nenda kazi! (idź do pracy).
Nagle chmury przykryły słońce, co za ukojenie! Niestety, tylko na chwilę, zanim doszłam do szkoły już znów był upał. A w szkole pusto – nie ma krzycąych dzieci, są tylko robotnicy rozbudowujący szkołę. Jak zwykle, gdy weszłam, akurat ucinali sobie drzemkę pod drzewem. Dopiero po chwili, gdy uświadomili sobie, że ich przełożeni mogliby mnie zapytać jak postępuje budowa, nie spiesząc się, zaczeli zabierać się do pracy, robiąc przy tym strasznie dużo hałasu metalowymi narzędziami, by tym dobitniej dać mi do zrozumienia, że naprawdę pracują.
Weszłam do pokoju nauczycielskiego, zrobiłam co miałam do zrobienia i około 12:00 wyszłam. Żar lał się z nieba, paraliżował wszystko. Ludzie, jeżeli szli, to szli bardzo powoli, inni spali pod mangowcami (największe w okolicy zielone drzewa dające upragniony cień, i nie mniej upragnione owoce mango), jeszcze inni schowali się w swoich domach. Ruch się zatrzymał. Stolarze ze zdjętymi koszulkami wyłożyli się pod wiatą stanowiącą warsztat ich pracy na niedokończonych jeszcze meblach i drzwiach. Nie byli w stanie się podnieść, jedynie uśmiechnęli się na mój widok i jeden z nich krzyknął cichutko: Mambo? (jak leci?), odpowiedziałam: Poa! (spoko).
Szłam dalej. Czułam strugi potu spływające po moich plecach. Mój cien robił się coraz krótszy, prawie już znikał. Nie moglam doczekać chwili, gdy dojdę w końcu pod prysznic, odkrecę kurek z zimną wodą, która tutaj nigdy nie jest wystarczająco zimna. To dziwne, w Poznaniu kąpałam się tylko w gorącej wodzie, gorącej. Tak niezdrowo gorącej na naczynka krwionośne. I zawsze, gdy dolewałam sobie zimnej wody do wanny, by aż tak bardzo nie niszczyć sobie tych naczynek, rezygnowałam na rzecz urody z przyjemności kąpieli. Napomknę, że rzadko rezygnuję z przyjemności na rzecz urody. A tutaj chętnie wyłożyłabym się w wannie pelnej lodu. I byłoby to nie tylko przyjemne, ale i zdrowe dla moich biednych naczynek. Ale nie jest to możliwe, bo ani nie mam wanny, ani zamrażarki zdolnej wyprodukować tyle kostek lodu.
Rzekomo zimny prysznic nie dał mi wystarczającego wytchnienia, zapadłam w lekki sen. Położylam się plackiem na kanapie, przykryta jedynie ceiniutką kangą i śniłam na jawie o przeróżnych rzeczach. Śniłam o możliwości teleportacji w jakiekolwiek miejsce na świecie na chociaż dwie sekundy. Wybrałabym Biegun Północny albo Suwałki. Przypominam sobie, że zawsze gdy byłam dzieckiem to latem chciałam dotknąć śniegu, a zimą, gdy marzlam w tych swoich polarnych Suwałkach, chciałam, by znów było lato, albo bym chociaż na dwie sekundy mogła przenieść się w takie miejsce, gdzie jest lato, albo do CIEPŁYCH KRAJÓW.
Hasło CIEPŁE KRAJE pojawiało się często w moim dzieciństwie. Wiedziałam, że ptaki na zimę odlatują do CIEPLYCH KRAJÓW, wiedziałam, że bogaci ludzie mogą sobie pozwolić na wakacje w CIEPŁYCH KRAJACH, ale nigdy nie wiedziałam co dokładnie kryje się pod pojęciem CIEPŁE KRAJE. I czemu zawsze CIEPŁE KRAJE występowały w liczbie mnogiej. Nie wpadłam na to, że CIEPŁE KRAJE moglyby stanowić zbiór kilkudziesięciu krajów, w których zawsze jest ciepło, które to kraje można wymienić z nazwy i wskazać je na mapach w atlasie geograficznym. Nigdy na to nie wpadłam jako dziecko. CIEPŁE KRAJE były zawsze czymś bajkowym, mitycznym, nieosiągalnym, niedookreślonym, czymś, o czym wszyscy ludzie marznący w Suwałkach marzą. Marzyłam więc i ja.
Teraz marzenie się spełniło. Jestem w CIEPŁYCH, a nawet GORĄCYCH KRAJACH. Wobec tego pozdrawiam wszystkich z GORĄCEGO KRAJU, a zwłaszcza tych, którzy marzną w naszym ZIMNYM KRAJU, marzną i marzą o CIEPŁYCH KRAJACH.
Musicie marzyć dalej, marzenia się spełniają!
Autor: fntx o 16:49 0 komentarze
Niedługo miną trzy miesiące naszego pobytu w Dar. Coraz więcej wiemy, zauważamy, coraz więcej jest do napisania i jak sądzę dla większości czytelników naszego bloga opis mszy świętej nie będzie numerem jeden na liście tego, co chcieliby tu przeczytać, ale ze względu na pewne szczególne wydarzenie, jakie miało podczas dzisiejszej mszy miejsce, kilka słów na ten temat pozwolę sobie napisać.
Zacznijmy od tego, że msza w suahili trwa dwie godziny. Tak jest, bite 120 minut, czasami trochę ponad 100, jeśli kapłan bardzo się spieszy a świecki prelegent, który zawsze występuje w ostatnich 20-30 minutach, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Ale warto te dwie godziny wysiedzieć, warto nawet zostać dłużej, żeby tylko posłuchać...
Dwie godziny. To brzmi groźnie nie tylko dla naszych białych, świeckich uszu. Polscy franciszkanie, z którymi spotkaliśmy się przed wyjazdem cierpiąco przewracali oczyma na samą myśl o tym, ile czasu to zajmuje (a pamiętajmy o ponad 30 stopniach w skali Celsjusza, stałej temperaturze w tej szerokości geograficznej). Nawet czarne siostry narzekają na długość kazań niektórych księży, nie mówiąc o wiernych, którzy bez kozery zasypiają w pierwszych rzędach podczas porannych mszy. Ale ja, nie rozumiejąc ani słowa, słucham przynajmniej niektórych kapłanów z zapartym tchem. Mówią z przejęciem niespotykanym w Polsce, schodzą z mikrofonem z ambony by być bliżej wiernych, nawiązują dialog z nimi poprzez zadawanie pytań, powtarzanie ich, wywoływanie do odpowiedzi, przez gesty... Sugestywność czarnych mówców robi wrażenie. Ale to nic w porównaniu z sugestywnością chóru.
Każdy kościół, kościółek, wioskowa kapliczka ma swój chór. Czasem jest tak, że 1/4 wiernych obecnych na danej mszy to chór, a reszta daje radę nie gorzej niż ci, wyszkoleni przez dyrygenta. Akompaniuje im lepszy lub gorszy organista, albo bębniarze. Ze względu na deficyty w edukacji muzycznej i w poczuciu estetyki miejscowych organistów, podczas mszy często można usłyszeć zagłuszające wszystko automatyczne podkłady perkusyjne i dziwaczne wzbogacacze brzmień dostępne w kościelnych organach.
Ale i to nie jest w stanie popsuć wrażenia, jakie robi na nas chór. Przyzwyczajeni do tego, że czas, w którym kapłan mówi podczas krótkiej, polskiej mszy jest chwilą wytchnienia między jednym a drugim zbiorem jęków pijanego, skacowanego, chorego organisty, rozpływamy się w wielogłosach i perfekcyjnie współbrzmiących liniach melodycznych...
Ale tutejsze chóry też zdają się nie do końca zgadzać z dźwiękową polityką organistów. Pamiętam moment podczas jednej mszy w kościele w Segerea, gdy chór wykonywał wyjątkowo piękną pieśń stanowiącą stałą część liturgii. Na samym początku utworu wysiadł prąd. Pseudohamondowskie organy zamilkły. Chór, jakby ucieszony tym faktem, ożywił się, dyrygent ze zdwojoną siłą i jeszcze szerszym niż zwykle uśmiechem machał trzymanym w prawej ręce kijem, spełniającym rolę batuty, chór śpiewał bez akompaniamentu z coraz większym 'wczuciem' i energią, twarze chórzystów i chórzystek coraz bardziej promieniały, piękne wielogłosy, cudownie skomplikowane melodie, idealnie czysto zaśpiewane, coraz donioślej niosły się echem pod betonowym sufitem kaplicy, wokaliści spontanicznie odwracali się twarzami do swoich sąsiadów i śpiewali jakby tylko dla nich o miłości, Bogu, pięknie... Gdy tylko skończyli, prąd znów 'się' włączył.
Oczywiście żaden z chórzystów nie zna nut. Pośród nich znajdują się, ze znanych nam osób, szkolna kucharka i kierowca autobusu. Nie sądzę by reszta była absolwentami akademii muzycznej, bo mieszkając w domu kustodialnym wielokrotnie byłem świadkiem ich prób, podczas których, przy wprowadzaniu nowego utworu dyrygent podawał grupom wokalistów dźwięki, które mieli śpiewać. To znaczy on śpiewał melodię, oni powtarzali, a za drugim, trzecim razem już pamiętali i... Jazda! Kilka razy przećwiczyli i na następnej mszy już śpiewali nowy utwór. Oczywiście w wielogłosie, z co najmniej dwoma idealnie współbrzmiącymi liniami melodycznymi, idealnie czysto, z radością, uśmiechem, ludzie śpiewający w totalnie zaplanowany sposób totalnie spontanicznie wyrażali przy tym swoje emocje, które szczere malowały się na ich twarzach... Ale dziś przeszli samych siebie i nasze najśmielsze oczekiwania.
Gdyby muzykę dało się opisać słowami, nie trzeba by było chodzić na koncerty, słuchać płyt i doświadczać osobiście sedna tego, co jest w niej zaklęte. Tym ogólnikowym stwierdzeniem chciałbym z góry usprawiedliwić niemożność opisania tego, co dzisiaj przeżyłem. Zaczęło się od Alleluja. Tego ‘Alleluja’, które wszyscy znamy. Ale to był dopiero początek. Utwór był niezwykle skomplikowany i odniosłem wrażenie jakby każdy chórzysta grał w nim swoja własną, niepowtarzalną rolę. Być może potwierdzeniem tego przypuszczenia było to, że dyrygent, stojący zwykle na poziomie kościelnej podłogi, wszedł na ołtarz, by z podwyższenia móc każdemu z osobna wskazać, a może tylko przypomnieć jego (lub jej) miejsce w utworze.
A więc zaczęło się od Händlowskiego Alleluja. Ale następnie nie tylko język tekstu zmienił się na rodzimy język wokalistów i wokalistek, ale i linia melodyczna stała się jakby bardziej przystosowana do ich niezwykłych, wrodzonych umiejętności. Melodia i dźwięki rozrastały się i mnożyły do kulminacyjnego momentu, w którym każdy zdawał się śpiewać co innego pozostając jednocześnie w idealnej harmonii z resztą, po tym momencie, nie tylko aranżacyjnego ale i emocjonalnego apogeum, nastąpiła chwila ciszy, po której chór powrócił do bardziej znanej europejskiemu słuchaczowi aranżacji… trwało to jeszcze chwilę i nie jestem w stanie opisać tego co się wtedy działo, po plecach przechodziły mi dreszcze, reakcje chórzystów były nie mniej emocjonalne, a gdy popisowy numer dobiegł końca… nikomu w kościele nie trzeba było tłumaczyć, że ten popisowy numer był przebłyskiem geniuszu zarówno chóru jak i dyrygenta. Rozległy się jednogłośne, gromkie brawa. Wszyscy przebudzili się, słuchali z szeroko otwartymi oczami i uszami, obudzeni i pobudzeni do życia, a Duch unosił się nad głowami…
Autor: fntx o 20:34 0 komentarze