Słońce dyktuje warunki. Od rana do wieczora porządkuje rzeczywistość. Około 6.30 nagle wschodzi i równe dwanaście godzin później znika. Nie ma świtu ani zmierzchu. Rano nagle robi się jasno a o 19 nie widać już dosłownie niczego. A po zmroku lepiej nie wychodzić. Właśnie wtedy budzą się komary malaryczne. By nie tracić dnia trzeba wstać możliwie wcześnie. Nawet w dzień wolny od pracy szkoda czasu na sen. Zbyt wiele ciekawych rzeczy dzieje się dokoła.
Przed ostrym światłem trzeba się chronić. Słońce między 12 a 15 męczy nie tylko nas. W środku dnia wszyscy szukają schronienia w cieniu, bo (w zależności od koloru skóry i indywidualnych predyspozycji) pół godziny do godziny na otwartej przestrzeni potrafi wymęczyć i wypocić jak kilka godzin ciężkiej pracy, a i o udar w tych warunkach nie trudno. Światło jest tak silne, że opala nas nawet pod ubraniami, a wystające spod odzieży części ciała w kilka dni zdążyły się całkiem nieźle opalić mimo tego, że codziennie smarujemy się kremem z filtrem 50.
W jasnym świetle okołorównikowego słońca niezwykle prezentują się jaskrawe barwy Afryki: przepięknie kwitnące o tej porze roku kwiaty, zielone liście bananowców, palm, nabierające czerwonej barwy liście fikusów dębolistnych (popularna w Polsce roślina doniczkowa, tutaj drzewo wielkości dębu), owoce na drzewach i straganach (przepyszne zielone cytryny zrywamy z rosnącego nieopodal kilkumetrowego drzewa, a papaje, które kupujemy na straganie, są wielkości arbuza), kolorowe stroje kobiet (tradycyjne kangi i różnego rodzaju suknie szyte z jaskrawych, wzorzystych materiałów – tutejszej modzie poświęcę kiedyś jakiś post, jak uzbieram stosowną dokumentację fotograficzną) i pokrywający wszystko czerwony kurz, pył roznoszony przez wiatr i samochody, powstający w wyniku wysuszenia na wiór czerwonej, afrykańskiej gliny stanowiącej charakterystyczny element tutejszego krajobrazu.
Segerea (podobnie jak wiele innych miejsc w Afryce) to także królestwo kłujących w oczy kontrastów. Obok małych domków zbudowanych z betonowej cegły, nieotynkowanych, pozbawionych szyb w oknach, rosną kilkupiętrowe wille, otoczone wysokimi murami i pięknymi ogrodami. Często tuż obok takiej willi stoi jeden lub dwa małe stragany, pozbijane z odrapanych z farby desek, blachy falistej i innych odpadków, które ktoś miał pod ręką lub znalazł, podczas gdy kilka kilometrów dalej, w wielkim hipermarkecie, można dostać wszystko, czego dusza zapragnie w cenie 2-3 razy wyższej niż w podobnym przybytku w Polsce (sic!). Puszka Heinekena około 6 zł, paczka Laysów około 6 zł, ciemne pieczywo 8 zł, kawa Jacobs 250 gr. Około 12-13zł.
Zdjęcia z ‘wycieczki’ do supermarketu zamieszczam poniżej. Sam supermarket nie jest niczym ciekawym. Ot zwykły ‘Real’, tylko że nazywa się inaczej. Ale po drodze mogliśmy zobaczyć kawałek prawdziwej ‘miejskiej’ Afryki.

0 komentarze:
Prześlij komentarz