piątek, 18 września 2009

Po tygodniu...





Jest dobrze. Wrzesień to najchłodniejszy miesiąc tutaj, więc temperatury oscylują w granicach 30 stopni a chłodny wiatr sprawia, że da się wytrzymać. Niestety ten sam wiatr był też przyczyną lekkiego przeziębienia Agnieszki, ale miejmy nadzieję, że przejdzie tak samo szybko jak przyszło. Nadal mieszkamy w nowiutkim domu kustodialnym Misji Franciszkanów, ale prawdopodobnie już jutro (lub w poniedziałek) przeprowadzimy się do małego domku, który w związku z naszym przyjazdem wybudowano.
Warunki super. Nie spodziewaliśmy się takiego standardu tutaj. Wiadomo czego spodziewa się Europejczyk wybierający się do Afryki: lepianki z gliny i srajdołka w szałasie ale my, choć wiedzieliśmy, że będziemy mieszkać w „normalnych” warunkach (łazienka, kuchnia, jakis pokój czy dwa do dyspozycji) nie spodziewaliśmy się aż tak nowego, ładnego i przytulnego miejsca.

Wciąż przyzwyczajamy się do nowego trybu życia i odruchów gwarantujących przetrwanie: nie brać do ust wody z kranu (do mycia zębów i picia tylko woda butelkowana, ewentualnie gotowana, bo w „kranówie” mogą czaić się niebezpieczne pasożyty, pierwotniaki, ameby, bakterie itp.), regularne smarowanie repelentami (komary, muchy i inne paskudztwa latające występują w niezwykłej obfitości i przenoszą wszystkie ‘legendarne’ choroby: malarię, śpiączkę afrykańską i inne), spanie pod moskitierą (i upychanie jej pod materac każdego wieczoru by żaden robal nie ugryzł w nocy), wieczorne polowania na stworzonka latające po pokoju (komary malaryczne żerują właśnie w nocy, która zapada tutaj około 18.40 – o 19 za oknem jest już zupełnie ciemno), wyparzanie owoców a w szczególności warzyw (wszystko co „z ziemi” lub w jakikolwiek sposób nią zabrudzone, może zawierać groźne bakterie), wyrzucanie odpadków kuchennych każdego wieczoru do koryta świnek mieszkających w chlewiku za oknem (choćby były to obierki z jednej pomarańczy, karaluchy chętnie się nimi pożywią w nocy – a robaczki owe mogą być spore. Widzieliśmy jednego, na szczęście martwego, długości około 5 cm bez czułek!), uważne patrzenie pod nogi (skorpiona, przywiezionego prawdopodobnie z Egiptu, ubiliśmy już w pierwszy dzień, po południu dowiedzieliśmy się, że miejscowi ubili na podwórku węża…), no i oczywiście ochrona przed słońcem (kapelusz, długie rękawy i nogawki, kremy z filtrem 50 – powinny wystarczyć). Generalnie jest na co uważać, ale w paranoję popadać nie warto… W gruncie rzeczy pobyt nasz polega w dużej mierze na wierze  Wierzymy w to, że jedzenie w szkole jest czyste i nam nie zaszkodzi (na razie nie zaszkodziło), wierzymy w to, że sklepikarze nas nie oszukają (na razie nie oszukali…), wierzymy, że ludzie są dobrzy… mamy taką nadzieję i choć mówią, że nadzieja matką głupich, to głupi ma szczęście a wiara czyni cuda :)

0 komentarze: