Wysiadamy na przystanku ‘Posta’, jednej z głównych arterii komunikacji miejskiej Dar es Salaam. „Przystanek” to tutaj fragment dwupasmowej ulicy, na którym kilkanaście autobusów, tkwiących w nieskończonym korku, wysadza pasażerów i wrzaskiem pomocnika kierowcy informuje oczekujących dokąd mogą jechać danym dala-dala. Niezorientowani w egzotycznej przestrzeni miejskiej Dar wychwytujemy słowo ‘Posta’ z ust krzyczącego do pasażerów asystenta kierowcy i wyskakujemy z autobusu. Od chodnika dzieli nas kilka metrów, z lewej widzimy przyspieszający autobus, łapię Agnieszkę za ramię i wskakujemy na chodnik czując na plecach powietrze poruszone przez dala-dala, który pewnie nawet by się nie zatrzymał, gdyby nas potrącił.
W centrum miasta spotykają się: zeuropeizowana, wielkomiejska Afryka i goście z przedmieść, lub autochtoni o bardziej tradycyjnym podejściu do życia. Widzimy kobiety w klasycznych garsonkach, ubrane jak pracownice biur rodem z Europy i Muzułmanki z włosami zakrytymi kolorowymi chustami lub buibui (rodzaj nakrycia twarzy i głowy, zza którego widac tylko oczy kobiety). Obok facetów w eleganckich garniturach i krawatach przechadzają się Masajowie w tradycyjnych strojach i… sandałach z opon samochodowych. Handel kwitnie. Na parterach czegoś na kształt 20-30 letnich bloków, sklep przy sklepie. W klimatyzowanych wnętrzach jest wszystko czego dusza zapragnie: kosmetyki, telefony komórkowe, artykuły audio-wideo, książki, płyty cd, dvd i nadal popularne kasety, przed sklepami małe stoiska ze wszystkim co popadnie: gumą do żucia, pastą do butów, gazetami… Pasta do zębów na jednym, na kolejnym zabawki, słodycze i leki. Kwitnie też handel na kocykach rozłożonych zwykle na samym środku chodnika, tak, by blokując przejście zwracać uwagę potencjalnych klientów. Tutaj można kupić ręczniki, plastikowe złoto, noże, w pobliżu „przystanków” dala-dala stoją też „rozmieniacze”: mężczyźni ze stosikami odliczonych drobniaków rozmieniający pieniądze pomocnikom kierowców dala-dala. Oczywiście pobierają stosowną prowizję.
Przechodzimy na światłach. Na skrzyżowaniu dwupasmowych ulic w Dar, luksus sygnalizacji świetlnej jest zarezerwowany wyłącznie dla kierowców. Pieszy kieruje się widokiem stojących lub jadących samochodów. Gdy tylko się zatrzymają, trzeba szybko przebiec, bo nie wiadomo kiedy ruszą. Z duszą na ramieniu pokonujemy przejście i…
Trafiamy do centrum sprzedaży kang i kitenge (chyba powoli trzeba będzie napisac o co z nimi chodzi…). Tutaj po dwóch stronach ulicy, sklepik przy sklepiku, przed sklepikami handlarze „chodnikowi”, a wszędzie można kupić tylko kolorowe materiały. Tutaj nie ma już krawaciarzy i odstrzelonych po europejsku pań, tutaj kwitnie tradycyjny handel, odgłosy targowania, krzyki naganiaczy, mieszają się z odgłosami ze szwalni, w których nadal szyje się na starych maszynach typu ‘Singer’. Szwacze, bo w większości są to mężczyźni, swoje stanowiska pracy rozkladają też na chodnikach. Otacza nas psychodeliczna tęcza barw i rozmaitość wzorów, na większych stoiskach do wyboru po kilkaset różnych kang i kitenge. Sprzedawcy zaparaszają, pokazują, na wąskim chodniku niesamowity ścisk i tłok, przejście blokują grupy mężczyzn rozpakowujący wielkie paczki z hurtową dostawą materiałów, jest około 13, słońce prawie w zenicie, żar leje się z nieba, rozgrzany asfalt podgrzewa atmosferę, oczywiście nikt nie mówi po angielsku, Aga dogaduje się w suahili, próbuje się targować, sklepikarz o indyjskich rysach udaje niewzruszonego, więc dziękujemy i wychodzimy. Wtedy obojętnym tonem rzuca „cztery pięćset” – wygraliśmy, kupujemy kangę i idziemy w stronę przystanku. Agnieszka potem przez całą drogę powrotną będzie żałować, że nie podała niższej ceny. Musimy wracać. Około 14 może być problem z dostaniem się do dala-dala, bo bitwę o miejsca w przepełnionych autobusach niełatwo wygrać, a pomocnicy kierowców na pewno nie zlitują się nad dwoma spóźnionymi białasami.
Zmęczeni i rozbawieni absurdami afrykańskiej rzeczywistości wracamy do Segerea. Wsiadamy do powrotnego dala-dala, który natychmiast zapełnia się pasażerami. Po drodze Aga wzbudza niemałą sensację prosząc w suahili pomocnika kierowcy o dwa bilety do Segerea. Ten robi minę jakby zobaczył kosmitę, pasażerka obok wykrzykuje na cały głos: „Anajua kiswahili !!!” (ona zna suahili). Nagle wszyscy się ożywiają i zarzucają Agnieszkę lawiną pytań. Nie na wszystkie jest w stanie odpowiedzieć, mówi, że nie rozumie, że jeszcze się uczy, jednak mimo to wszyscy się niezmiernie cieszą i gratulują. Od tej pory patrzą na nas przyjaźniej. A my, uśmiechnięci i ściśnięci w tłumie ludzi na tylnych siedzeniach dala-dala nie możemy się doczekać kolejnej wyprawy do ‘centrum’.
0 komentarze:
Prześlij komentarz