Dziś miałam jedyną w swoim rodzaju okazję spędzić trochę czasu w kuchni z Mamą Mremą i Marią. Przydomek "mama" otrzymują te kobiety, które mają już dzieci. Jest to wyraz uznania i szacunku, a także powód do radości i dumy posiadaczki tego tytułu, bo płodność to błogosławienstwo. Mama Mrema i Maria przygotowywały pilau. Nie spiesząc się, obierały czosnek, ziemniaki, cebulę, płukały ryż, kroiły i smażyły mięso. Następnie myły wszystko dokładnie, bo kucharki tutaj dbają o higienę, kroiły w talarki cebulę, ucierały czosnek z solą w moździeżu, a była to bardzo duża ilość czosnku (czubata szklanka). Wszak nie ma to jak czosnek! Jest on nie tylko naturalnym antybiotykiem, ale też podobno odstrasza komary. Jak już wszystko było pokrojone, ubite i umyte, zabrały się za smażenie. W jednym dużym garnku smażyły cebulę (używają tu chyba tylko czerwonej), w drugim mięso pokrojone w większe kawałki (chyba cielęcina). Później wrzuciły do cebuli czosnek utarty z solą, następnie ziemniaki, po chwili dorzuciły do garnka podsmażone mięso, a sos który powstał w wyniku smażenia mięsa odstawiły na później. W dużym garnku wszystko się jakiś czas dusiło, a Mama Mrema cały czas energicznie mieszała. Nadszedl czas na najważniejszy składnik pilau - ryż. Ryż tutaj ma nieprzeciętnie dobry zapach i smak. W niczym nie przypomina ryżu kupowanego w Polsce. Ryż musi być najpierw oczyszczony z drobnych kamyczków i porządnie opłukany. Wrzuciły zatem ryż do gara i wlały sos, który powstał przy smażeniu mięsa. Na koniec przyprawiły to specjalną mieszanką przypraw do pilau, kupowanych tu w malutkich woreczkach. Potrzebne im były trzy woreczki. Wszystkie czynności następowały płynnie po sobie, wszystko powoli, ale dokładnie. Gotowanie to czynność społeczna. To czas, gdy kobiety się spotykają i mogą ze soba spokojnie porozmawiać w zaciszu kuchni. Kuchnia jest domeną kobiet, mężczyźni nie wchodzą do kuchni. Mama Mrema i Maria rozmawiały ze mną w suahili. Oczywiście nie rozumialam wszystkiego, ale one kilkukrotnie niektóre partie powtarzały tak, bym w końcu mogła zrozumieć. Cały czas mowiły: karibu, karibu Tanzania (witaj, witaj w Tanzanii, zapraszamy), usiogope (nie bój się), wote ni ndugu zako (tu wszyscy są dla ciebie jak rodzina, są twoimi przyjaciółmi), usiogope... Pytały mnie o rodzinę, gdy powiedziałam im, że nie mam jeszcze dzieci, spojrzały na mnie przyjaźnie, ale jakby trochę współczująco i powiedziały: "Nie martw się, Bóg na pewno obdaruje Cię dzieckiem, musisz tylko poczekać, może Bog da Ci dziecko w Tanzanii... " Utapata mtoto (dostaniesz dziecko)...
poniedziałek, 21 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz