poniedziałek, 21 września 2009

Dzieciaki (Kuba)









To właśnie dla nich tu jesteśmy! Pełne energii, radości, ciekawe świata. Oczywiście jako biali nauczyciele wzbudziliśmy niemałą sensację pośród 5-8 latków. Już przy pierwszej wizycie w szkole otoczył nas ciasny krąg maluchów, które chciały nas zobaczyć z bliska, zagadać, dotknąć. Tutejsze dzieci nie boją się obcych, nie ma w nich niepewności wpojonej europejskim „nie rozmawiaj z nieznajomymi” (ale tutaj nie mają się czego bać. Dzieci to największy skarb Tanzańczyków, a ktoś, kto skrzywdziłby dziecko… mógłby nie dożyć następnego dnia. Bo nawet drobni złodzieje „źle kończą” przyłapani na gorącym uczynku. Założenie na nich opony samochodu i podpalenie jej to tylko jedna z wielu kar wymierzanych przestępcom przez rozwścieczony tłum). Już od pierwszych chwil zadziwiło nas to, że nawet niektóre pięciolatki są w stanie całkiem sprawnie dogadać się z nami po angielsku!

Ale nie oszukujmy się: nie jesteśmy w typowej tanzańskiej szkole. W kraju zamieszkałym przez 40 milionów ludzi niecałe 50% dzieci w wieku szkolnym rozpoczyna naukę. A studia to praktycznie luksus dla elity. Obecnie studiuje w Tanzanii około… czterdzieści tysięcy osób. Największym problemem i krytycznym momentem w karierze szkolnej dzieciaka, jest początek siódmej klasy. Od tej chwili wszystkie przedmioty nauczane są tylko po angielsku. Oczywiście w typowej państwowej szkole angielski to tylko jeden z wielu przedmiotów. Ale tym właśnie różni się typowa, państwowa szkoła od tej, w której my będziemy uczyć.

W istniejącym od dwóch lat Centrum Edukacyjnym św. Maksymiliana w Segerea, założonym przez polskich franciszkanów, „językiem wykładowym” jest angielski. Wszystkie przedmioty są nauczane tylko i wyłącznie w tym języku, co więcej, w szkole nie wolno odezwać się w suahili. Zasada ta jest gorliwie przestrzegana przez dzieci, które nie tylko chcą mówić po angielsku w domu, ale także donoszą na kierowców szkolnych autobusów odzywających się podczas swojej pracy w suahili! W związku z tym ci ostatni też ponoć mają się wkrótce zwrócić do nas z prośbą o lekcje języka… i oto jak społeczeństwo „oddolnie” nakręca się do nauki angielskiego! Oczywiście to, czy postawa dobrowolnego odchodzenia od języka entnicznego jest dobra czy nie, jest dyskusyjne. Ale dyskusji nie podlega to, że bez biegłej znajomości angielskiego nie jest możliwe zdobycie żadnego wykształcenia. A tutejszemu dzieciakowi, mieszkającemu w chatce z gołej betonowej cegły bez okien, który codziennie przechodzi obok kilku wypasionych willi, nie trzeba tłumaczyć po co mu język obcy i edukacja w ogóle i którędy prowadzi droga do życia w warunkach lepszych niż te, w których żyje teraz. Poza tym dla nich lekcje to jedne z ciekawszych zajęć w ciągu dnia. Dla tych dzieci szkoła to nie kilka godzin do przeczekania między grą komputerową a kilkugodzinnym letargiem przed telewizorem. Oczywiście niektóre z nich pochodzą z bogatych rodzin (a te szczególnie zwracają uwagę na to, gdzie ich dziecko pobeira nauki), ale szare szkolne mudurki sprawiają, że widoczna różnica między bogatymi a biednym zanika.

Jendakże małe, wygadane (po angielsku) zdolniachy nie biorą się z nikąd. Przy Centrum Edukacyjnym działa przedszkole, w którym wszystko się zaczyna. Już tutaj dzieci uczą się języka a przed rozpoczęciem nauki w podstawówce zdają egzaminy z matematyki i angielskiego. Można więc śmiało powiedzieć, że będzie nam dane pracować z podstawówkową elitą. A elita ta jest przesympatyczna, radosna, miła (tutejsze dzieci nie sprawiają takich problemów wychowawczych jak polscy uczniowie, szacunek dzieci do straszych to rzecz święta), chętna do nauki, ciekawa świata, pełna pozytywnej energi, która udzieliła się nam już po kilku dniach pracy z nimi, tak, że po dłuższym weekendzie (kończy się ramadan i poniedziałek był wolny od szkoły) nie możemy się doczekać kolejnego spotkania z nimi.

0 komentarze: