środa, 23 września 2009

PIERWSZY WYPAD NA MIASTO – część pierwsza, autobus w stronę centrum (wtorek 23 września, custody house)

Segerea to dzielnica leżąca prawie na obrzeżach wielkiego, rozlazłego Dar es Salaam. Do ścisłego centrum jest stąd kilkanaście kilometrów. Korzystając z jeszcze jednego dnia wolnego od pracy, po raz pierwszy wybieramy się ‘na miasto’ (mimo, iż ramadan skończył się wczoraj, to w związku z tym, że w piątek nie było wiadomo czy skończy się w poniedziałek czy wtorek, dyrektorka szkoły ogłosiła wolne do dnia dzisiejszego włącznie).

Oczywiście przebycie dystansu dzielącego nas od centrum wymaga skorzystania z usług komunikacji miejskiej. Podróż publicznymi środkami transportu w Afryce sama w sobie może być niezłą przygodą i jest świetnym sposobem na przyjżenie się z bliska ludziom i ich życiu, a organizacja systemu komunikacji miejskiej jest sama w sobie bardzo afrykańska i na jej przykładzie doskonale widać czym różni się Europa od Czarnego Lądu.

Idziemy na dworzec autobusowy Segerea. Tutaj od dawna nie jest tak, jak opisywal Kapuściński. Rzadko trzeba czekać aż autobus napełni się pasażerami przed odjazdem (choć poza miastem wielogodzinne oczekiwanie nadal jest normą). Oczywiście rozkładu jazdy brak, przystanek nie jest też w żaden sposób oznaczny. Wszyscy przecież wiedzą gdzie zatrzymują się autobusy. Nie ma więc sensu ustawiać znaku. Dala-dala (nazwa autobusu w swahili stosowana w Tanzanii – w Kenii, sąsiednim kraju, w którym także używa się suahili popularniejsza jest nazwa ‘matatu’) zatrzymuje się, pomocnik kierowcy krzyczy na cały dworzec (lub ulicę) którędy i przez co jedzie (te same informacje są też wypisane na autobusie), pasażerowie wsiadają, jeśli miejsca jest za mało pomocnik kierowcy upycha ich tak, by zmieściło się możliwie dużo ludzi i… odjazd! Po drodze, jeśli to możliwe, asystent kierowcy zbiera opłatę za przejazd, jeśli przez autobus nie da się przejść, płaci się przy wysiadaniu. W każdym dala-dala gra muzyka, czasami tak głośno, że trudno wytrzymać. Zagłuszenie starego silnika diesla wymaga niemało mocy w głosnikach. Oprawę muzyczną naszych podróży stanowi repertuar lokalnych rozgłośni radiowych, puszczających przeboje popularne w Europie kilka lat temu (trafiliśmy między innymi na Evanescence i Enrique) i różne lokalne szlagiery.

Dala-dala to zwykle stare busy Toyoty, mniejsze i większe, z rzadka młodsze niż 20 lat. W ogóle Afryka to wielkie złomowisko japońskich aut, których stan techniczny jest tak zły, że w innych częściach świata prawo nakazuje ich złomowanie. Większość autobusów miejsckich w Dar wygląda, jakby za chwilę miały się rozlecieć. Popękana, rdzewięjąca karoseria, odpadające elementy nadwozia, niedomykające się drzwi, brak niektórych (lub większości) szyb, tapicerka siedzeń praktycznie nie istnieje, spod sypiącej się z sufitu dykty widać wewnętrzną część karoserii. Oczywiście od czasu do czasu coś odpada. Jadąc w stronę miasta widzieliśmy zatrzymany na poboczu dala-dala, którego odsuwane drzwi stały oparte o pobliski płot. Kierowca głowił się co z tym fantem zrobić (prawdopodobnie jak by to sklecić do kupy i jechać dalej).

W związku z tym, że możliwości dbania o stan techniczny pojazdu są ograniczone tylko do działań mogących maksymalnie wydłużyć jego tropikalną emeryturę (lub agonię), kierowcy w inny sposób okazują swym autkom miłość. Ozdabianie autobusów w Afryce to zagadnienie tak szerokie, że możnaby nim wypełnić niejedna pracę naukową. Jednak repertuar możliwych motywów jest w Dar mocno ograniczony, ponieważ kolor szerokich pasów wzdłuż całej karoserii jest określony i musi korespondować z trasą, na której jeździ dany autobus. Pozostaje więc zdobnictwo wewnętrzne, które nie jest tutaj powszechnie przyjętym zwyczajem, ale dach jednego z autobusów, którym dziś jechaliśmy, był od środka wyłożony niezmiernie wyświechtaną wykładziną dywanową, z której w okolicach lamp i wzdłuż okien zwisały równie brudne frędzelki. Innym, zdecydowanie bardziej popularnym motywem artystycznym, są różnego rodzaju manifestacje ideologiczne umieszczane na tylnej szybie autobusu (ewentualnie pod szybą, w przypadku większych pojazdów) ograniczające widoczność z tyłu. Różnorodność form i treści owych dzieł zadziwia. Niektóre z nich są wykonywane rękoma kierowców, inne wyglądają na gotowe naklejki. Z gotowców widziałem dziś kilka autobusików z naklejką przedstawiającą dwie rozmodlone kobiet w stroju islamskim, trzymające w rękach (najprawdopodobniej) koran, w tle meczet. Inne gotowe naklejki przedstawiają… Baraka Obamę. Ale pełnię swej kreatywności kierowcy manifestują w hasłach wymalowanych z tyłu pojazdu. Muszę zacząć prowadzić spis tych haseł, bo niektóre są zaiste pocieszne. Od zaczerpniętych z popkultury („Get rich or die tryin’”) przez różne tradycyjne manifestacje religijności („Jesus saves” – wszystko niby jasne, tylko czemu przyozdobione trupią czaszką?) po inne, bardziej enigmatyczne religijne frazesy („Top Jesus” – cokolwiek autor miał na myśli).

Jeśli kogoś przeraża stan techniczny wehikułu, lepiej niech do niego nie wsiada. Jazda afrykańskim autobusikiem – to dopiero jazda! I to wcale nie ze względu na stan tanzańskich dróg (asfalt to zjawisko niezbyt powszechne) ani przepisy drogowe tutaj obowiązujące (odnosi się wrażeniie, że poza jazdą z lewej strony drogi nie ma innych zasad). Kierowca dala-dala jest jak berzerker w ferowrze walki. Dziki szał w oczach, maksymalna możliwa (nie mylić z dozwoloną) prędkość, do zwolnienia może go tylko zmusić tzw. "leżący policjant” (zwykle pień drzewa wkopany w drogę), ale spowolniene dotyczy tylko przedniej osi pojazdu, gdy tylko przednie koła przetoczą się przez przeszkodę, następuje natychmiastowe przyspieszenie, tak nagłe, że pasażerowie z tyłu podskakują na wysokość kilkudziesięciu centymetrów (w mniejszych pojzadach wiąże się to z silnym uderzeniem głową w dach). Na szczęście podczas naszej pierwszej przejażdżki żaden z kierowców nie zabił nikogo ani niczego, ale jeśli coś stoi na drodze autobusu, ma marne szanse na przeżycie. Między innymi, słyszeliśmy historię o kierowcy, który z pełną prędkością wjechał w stado owiec pozostawiając za sobą przepołowione i zmiażdżone ciała wielu zwierząt.

Na dworcu spotykamy Abdullaha. Brytyjczyka urodzonego w Dar es Salaam. W drodze do centrum opowiada nam trochę o sobie, udziela rad i opowiada o Dar. „Nie ufajcie nikomu” powtarza kilka razy. „Uważajcie na swoje torby”. „Ja zawsze noszę przy sobie to” – pokazuje przypięty do paska nóż. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski krzyknął „Aha! W Londynie jest wielu Polaków, zamiatają podłogi, to dobrzy pracownicy”. Opowiada o sławnym więzieniu w Segerea, ponoć ludzie wolą się zabić niż iść do znanego z potwornych tortur zakładu karnego. Ostrzega nas też przed policjantami w białych mundurach „mogą was zastrzelić miejscu!”. Mówi, że w Dar nie ma publicznych toalet, i że za oddawanie moczu ‘pod murem’ grozi sześć miesięcy więzienia. Wygłosił jeszcze kilka rasistowskich uwag i po chwili rozstaliśmy się w Mnazimoja, przystnaku na którym wsiadamy w autobus do stacji ‘Posta’. Wizja Afryki według Abdullaha to jedna z dwóch skrajncyh: paranoicznej, której głosiciele widzą czające się na każdym kroku niebezpieczeństwo i umiarkowanej. Uznającej, że każdy ciemny zaułek świata jest tak samo niebezpieczny.

Po około godzinnej podróży docieramy do centrum…






0 komentarze: