środa, 18 listopada 2009

Małe tęsknoty

Aga: Dwudziesta pierwsza czternaście. Za oknem mrok. Za oknem wiatr. Szum drzew palmowych. Przelatujące cienie nietoperzy w świetle żarówki. Gekony łażące po zewnętrznych ścianach naszego domu. Chmary komarów malarycznych wypełniających czasoprzestrzeń. Elias siedzący na schodku sąsiedniego domku. Świecące w ciemności bielutkie adidasy Eliasa. I ledwie widoczny na tle drewnianych drzwi zarys eliasowego kapelusza.

Tak, sprawił dziś sobie kowbojski kapelusz. Masaj w kowbojskim kapeluszu. Całkiem poważnie podszedł do sprawy pytając, czy nam się podoba. A ja?

A ja odcinam się od Afryki dźwiękami płynącymi z laptopa. Leci ‘The Night’ Morphine. Głos Sandmana sprowadza mnie do siebie samej. Oddycham. Robię sobie przerwę. Stawiam spację.

Niektóre rzeczy powoli przestają być do zniesienia. Inne rzeczy powoli przestają mnie olśniewać swoją dotychczasową egzotyką. Ot, czasem tylko wyłoni się coś egzotycznego jak kowbojski kapelusz Masaja. Coraz częściej jednak coś mnie wkurza.

Wkurzające jest otwieranie lodówki rano, gdy nie ma w niej nic prócz dawno nieruszanych dwóch dżemów, szczerze znienawidzonego chleba tostowego, kubła margaryny niskotłuszczowej, którego pewnie nie da się skończyć przed powrotem do Polski, zaschniętej połówki cytryny, parówek z Shoprite’a, na widok których robi mi się niedobrze, dwóch butelek keczupu. A Kuba nadal nie ma nic przeciwko tym parówkom. I zawsze, gdy jedziemy do Shoprite’a kupuje dwie lub trzy paczki parówek.

Owoce? Są pyszne, ale też powoli się przejadają. Pomarańcze, banany, ananasy, papaje. Papaje, ananasy, pomarańcze, banany. Banany, ananasy… Zjadłabym jabłko, śliwkę, gruszkę, truskawkę… Coś innego!

Jedzenie w szkole? Już mój żołądek zaczął się buntować. Od jutra nie jem w szkole. Poza tym serwują tam same bezwartościowe zapychacze. Kasza, fasola, ryż, kukurydza. Prawie nigdy nie ma mięsa, a jak już jest, to ma się szczęście, gdy znajdzie się w pilau choć dwa jego kawałki pozbawione chrząstek i kości…

Czekolada? Zapomniałam jak smakuje. Ale nie tęsknię.

Więcej mam chyba tęsknot niespożywczych. Mam ochotę przejść się po Starym Rynku w Poznaniu, wstąpić do naszej ulubionej winiarni, pogadać z panem od win, który zawsze w sposób poetycki z lekką nutką dekadencji ;-) coś doradzi. Pilibyśmy to wino we trójkę. Ja, Kuba, Hanka, lub ja, Kuba i Marta, lub ja, Kuba i Kalina. Mogłoby być więcej osób. Do tej pory zdarzały się nam same trójkąty. Dowcip językowy osiągałby kolejne stopnie abstrakcji, co tutaj przy mojej znajomości suahili, albo ichnim poczuciu humoru jest nie do pomyślenia. Raz tylko udało mi się zabłysnąć dowcipem sytuacyjnym w suahili, gdy Vincent wiózł nas ze szkoły. Nota bene, on jeden spośród wszystkich kierowców, pomocników kierowców i pomocników pomocników kierowców mógłby się zdobyć na jakikolwiek stopień abstrakcji w jakiejkolwiek dziedzinie. Ale nie o Vincencie tu mowa.

Pilibyśmy to wino, wracalibyśmy taksówkami do domu, potykalibyśmy się o jeżyckie kupy, przeklinając fakt, że mieszkamy w tym miejscu. Kąpalibyśmy się w naszej wielkiej wannie pełnej pachnącej piany i gorącej wody. Stawialibyśmy świece w łazience. A rano wstawalibyśmy po chlebek razowy, po świeże bułeczki, po masełko prosto od krowy, po prawdziwy żółty ser o smaku prawdziwego żółtego sera, po kiszone ogórki, po wędliny, po twaróg, po jogurty truskawkowe. I tak idąc po te zakupy, robiąc slalom pośród jeżyckich kup i ustępując z drogi porannym żulom jeżyckim robiącym slalom pośród samochodów, drzewek i ludzi, chłonęlibyśmy prawdziwą atmosferę Jeżyc. Przystawalibyśmy na chwilę namysłu nad istotą rzeczy po to tylko, by móc następnie skierować nasze kroki w stronę warzywniaka Pani Kasi…

[Kuba…]

Ja natomiast jak tylko pomyślę o polskiej pogodzie, cieszę, że mnie tam nie ma. Jak tylko przypomnę sobie jak wygląda prezydent RP, cieszę się, że nie mam zielonego pojęcia co tam się dzieje. Jak tylko przypomnę sobie, co dzieje się w przypominającym namiot cyrkowy budynku przy ulicy Wiejskiej w Warszawie, nie tylko cieszę się, że jestem Poznaniakiem, ale cieszę się, że od Wiejskiej oddziela mnie równik i tysiące kilometrów.

Oczywiście, są sytuacje i ludzie do których tęsknie. Opowieści półtrzeźwego Jarka o jego planach, marzeniach, sukcesach, planach, sukcesach, marzeniach… filozoficzne rozmowy z nim i resztą ekipy, trasy koncertowe z chłopakami z UoB, furgon pełen czasem skłóconych, czasem jednomyślnych gości, których choćby nie wiadomo ile ich dzieliło, to zawsze łączy to jedno. Koncerty to tu, to tam, ludzie i ich reakcje, rozmowy ze znajomymi, długie noce w poznańskich pubach, winiarniach, mieszkaniach naszych znajomych i naszym… no i rodzina zostawiona tam, daleko, nasz kot… kilka zmartwień, większych i mniejszych…

Pusta lodówka? Jaka pusta lodówka? Teraz mamy w niej więcej niż kiedykolwiek! Zamiast jeżyckich kup piaszczyste wertepy Segerea, zamiast poznańskich żuli, tutejsi kombinatorzy, zamiast warzywniaka pani Kasi, Majfrend i jego sklep… nie, braków gastronomicznych nie odczuwam. No, może trochę więcej mięsa by się przydało, ale to kwestia logistyki. Do zrobienia. Bo nawet piwo mają tu niezłe. Więc czego jeszcze ze spożywki chcieć?

Jeszcze nigdy nie czułem się tak szczęśliwy mając tak niewiele. Mały domek, w którym nie brakuje niczego, a nie ma też niczego ponad miarę. Posterunek Segerea ma się dobrze. Tkwimy w nim, słuchamy jak noc nadaje. Meczet i ten dźwięk… cykady i ten ptak. Ten ptak, którego monotonny śpiew jest tłem w każdym filmie o Afryce, szczególnie gdy akcja dzieje się w nocy.

Nadajemy, nadajemy i jeśli komary nas nie zjedzą, jeśli malaria nie wykończy, jeśli nie zatrujemy się tutejszym żarciem na śmierć, jeśli przeżyjemy, to…

Nie mów, Aga, że będziesz opuszczać to miejsce z lekkim sercem.

Aga: Nie, wiem, że nie. Już teraz wiem. Wnikam w Afrykę, a ona we mnie. Wszechobecny kurz miesza się z moim potem. Gdy idę piaszczystymi wertepami Segerea jedną ręką przytrzymuję rozwiewane przez wiatr włosy, w drugiej ściskam chustkę, którą raz po raz ocieram czoło. Marszczę oczy, by lepiej dojrzeć ludzi idących z naprzeciwka, zupełnie nam obcych, uśmiechniętych, za każdym razem pozdrawiających nas w taki sposób, w jaki w Polsce pozdrawia się tylko bliskich przyjaciół. Lodówka to tylko lodówka. Po prostu miewam kaprysy żywieniowe. Jak większość ludzi na monotematycznej diecie. Też jestem tu szczęśliwa. Tu i teraz. Wkrada się czasem melancholia, która nie zawsze pozwala od razu zasnąć. A czasem myślę, gdzie pojedziemy potem…

0 komentarze: