Noc w Tanzanii zapada nagle. Tuż przed siódmą, według zegara europejskiego, albo tuż przed pierwszą, według wschodnioafrykańskiego czasomierza, dzielącego dobę na dwie równe części, trwające po dwanaście godzin. Wraz ze wschodem słońca nastaje pierwsza godzina dnia, a wraz z jego zachodem, pierwsza godzina nocy. Niczym dalekowschodni symbol yin i yang, niczym czerń i biel, pozytyw i negatyw, dobro i zło, światło i ciemność, noc i dzień tworzą integralną całość, wypełniają czasoprzestrzeń, nadają Ziemi rytm, który sprawia, że proste czynności z rutyny przeradzają się w rytuał.
Rytuałem stało się dzielenie posiłkiem z Eliasem. Co wieczór tuż przed siódmą zamykamy okna, jeśli jest prąd, zapalamy światła na zewnątrz, a jeśli prądu nie ma, stawiamy na stole świecę. Oddając się przeróżnym czynnościom, wyczekujemy nadejścia Eliasa. Gotując obiad, gotujemy z myślą o trzech osobach, nastawiając wodę w czajniku, wlewamy ilość potrzebną do zaparzenia trzech kubków herbaty. Kupując chleb, myślimy o tym czy starczy dla nas trojga…
Elias pojawia się w ciągu dwóch godzin po zapadnięciu zmroku. Za każdym razem sygnalizuje swoje nadejście szuraniem blisko drzwi wejściowych naszego domku, albo już z oddali, dzwonkami swojej Nokii. Następnie siada na schodku przed drzwiami niezamieszkałego jeszcze sąsiedniego budyneczku. Okryty swym tradycyjnym kocykiem masajskim jest prawie niewidoczny na tle drewnianych drzwi. Dopiero po chwili, gdy wychodzę i moje oczy przyzwyczajają się do mroku, dostrzegam zarys Eliasa, przy czym od samego początku Elias widzi mnie dokładnie w świetle energooszczędnej żarowki zawieszonej tuż nad naszym progiem. Mambo vipi? Habari? U mzima? – następuje krótka wymiana suahilskich uprzejmości, po której pytam, czy ma dziś ochotę na kawę, czy herbatę. Zwykle rozmowa na tym się kończy, wracam do domu, przygotowuję odpowiedni napój, podgrzewam jedzenie w mikrofalówce jeśli jest prąd, a jeśli prądu nie ma, myję i kroję owoce – papaje z naszego ogrodu, banany i pomarańcze kupione na straganie, albo robię kanapki z dżemem lub masłem orzechowym. Przynoszę je Eliasowi. Nashukuru (dziękuję), mówi Elias, odpowiadam Karibu sana (proszę bardzo), po czym znikam w zaciszu naszego małego, białego domku.
Ale są dni, kiedy wychodzę jedynie z intencją krótkiej wymiany suahilskich uprzejmości, a ta z kolei wymiana niespodziewanie przeradza się w dłuższą rozmowę. Zawsze zaczyna się tak samo. Czy jesteś zdrowa? A czy twój pan [twój mąż] już wyleczył się z malarii? A jak minął dzień?... itd. Nagle, zdaję sobie sprawę, że rozmawiamy językiem przypominającym suahili i idzie nam całkiem dobrze. Momentami wydaje mi się nawet, że bariera językowa nie istnieje. Jednak po chwili odkrywam, że bariera językowa jest, ale niknie w obliczu bariery kulturowej, światopoglądowej, w obliczu wszelkich innych barier. Staramy się jednak porozumieć. Najbardziej widoczną różnicą jest kolor skóry, na który to temat Elias czasem coś napomknie. Raz powiedział mi, że wyglądam jak prawdziwa Afrykanka. Wykoncypowałam, że chce mi sprawić komplement, ale w żaden sposób nie mogłam zrozumieć na czym miałby ów komplement polegać. Czyżby chodziło o moje krągłości? O, nie. Nie jestem gruba. Chuda też nie jestem. Kształty mojego ciała różnią się znacznie od kształtów kobiet afrykańskich, nie mógl więc ów komplement dotyczyć mojej fizjonomii. A może strój? Lubię afrykańskie przepastne, spódnice uszyte z kawałkow wzorzystego kitenge, kolorowe kangi i bluzki o wybujałych rękawach, jakich nie powstydziłaby się Lady Gaga, ale w ten dzień miałam na sobie najbardziej europejskie wdzianko, jakie można sobie wymyślić – dżinsy i koszulkę. O co więc Eliasowi chodziło? Odczytując moje zdumienie na twarzy, powoli wytłumaczył mi, iż w świetle księżyca nie widać, że jestem biała. Jestem tak samo czarna jak i on, a jak przyjdzie świt to znów będę biała. Innym razem powiedział, że chociaż mamy różny kolor skóry, to zarówno jego krew, jak i moja mają kolor czerwony. Podobne hasła głosi Majfrend – jeden ze wspomnianych wcześniej sklepikarzy – Me black, you white, one people! Innym z kolei razem Elias wyznał, że jego narzeczona mogłaby pochodzić z Polski. Mogłaby być biała. Bo nie liczy się kolor skóry, ale miłość i fakt, że rodzice narzeczonych się znają. To drugie podkreśla wielokrotnie. Nie omieszkał i mnie spytać, czy moi rodzice i rodzice Kuby się znają. Odpowiedziałam, że tak, po czym odparł z uznaniem I tak ma być! To jest dobrze.
Polska jawi się Eliasowi jako bliżej niedookreślone miejsce. Z tego co mówi, wnioskuję, że czasem traktuje Polskę jak państwo, czasem jak miasto, jakąś odległą krainę, czy wioskę. Tłumaczenie, że Polska jest krajem trzy razy mniejszym niż Tanzania, niewiele rozjaśnia. Ale właściwie co miałoby rozjaśniać i komu? Ja mam swój ogląd na świat, a Elias swój. Jednak oboje pchani ciekawością nieznanego lądu, próbujemy jak najwięcej o swoich światach się dowiedzieć, zachowując przy tym ostrożność, by zadając sobie pytania nie urazić przypadkiem mieszkańca tego drugiego, nieznanego jeszcze lądu.
Mimo krótkiej, trzyletniej edukacji, Elias ma rozeznanie w historii Afryki Wschodniej. Zna pierwszych prezydentów niepodległej Kenii i Tanzanii, przypisuje, jak zresztą wszyscy Tanzańczycy, ogromne zasługi Juliusowi Nyerere, który zjednoczył ponad sto dwadzieścia odrębnych plemion w jeden naród, posługujący się językiem suahili. Elias wymienia nazwy poszczególnych plemion, z dumą podkreślając, że jest Masajem. Następnie pyta ile plemion jest w Polsce. Odpowiadam, że w Polsce nie ma plemion, ale że w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że jest jedno wielkie plemię. Patrzy na mnie podejrzliwie. Wymienia dalej nazwy plemion w Kenii i Tanzanii: Luo, Masaai, Giriama, Kikuyu, Kimeru, Sukuma, Zaramo, Wazungu... Co, Wazungu?! Zaraz, zaraz, przecież nie ma Plemienia Białych Ludzi… Jednak Elias uparcie twierdzi, że Tanzania jest domem również dla plemienia Wazungu – Plemienia Białych Ludzi, którzy posługują się językiem angielskim i do którego to plemienia zalicza i mnie, a jakże! A kiedy przypominam Eliasowi, że to nie angielski, a polski jest moim językiem ojczystym, przestaje na chwilę mówić o Plemieniu Białych Ludzi, używając sformułowania „twoje plemię”. I dziś właśnie poprosił mnie o poszukanie mu narzeczonej z mojego plemienia (…bo nie liczy się kolor skóry…).
Wstępnie zgodziłam się na poszukiwania narzeczonej z mojego plemienia, od razu jednak zastrzegając, że może się nią rozczarować, bo Polska jest zupełnie inna niż Tanzania i wszystko w Polsce jest inne niż tutaj. Zdziwił się bardzo. Co może być inne? zapytał. Wyrecytowałam: Mila, desturi, utamaduni (tradycja, obyczaje, kultura). Elias otworzył szeroko oczy i odparł z wielkim zdumieniem: To jak to? To wy tego nie macie? (sic!)
Świat Eliasa jest mały. Wszystkie informacje plynące z moich ust przepływają przez pryzmat światopoglądu młodego Masaja, który dalej niż w Mombasie nie był i nie jest w stanie wyobrazić sobie, gdzie może być Polska. W każdej chwili jest gotów tam z nami jechać. Mówię mu, że pojadę dopiero na ślub mojego brata, Kamila. Acha, to pojutrze – mówi Elias. Nie, nie pojutrze, wszystko pokręciłeś. W sierpniu. A-go-sti. Tym razem odpowiedź Eliasa zaskoczyła mnie swoją metajęzykowością: Nic nie pokręciłem, wiem, że w sierpniu, ale u nas, jak coś ma być niedługo, to mówi się, że będzie pojutrze. Aha, odparłam, asante (dziękuję), a Elias znów był szczęśliwy, że mógł mnie czegoś nowego nauczyć.
0 komentarze:
Prześlij komentarz