środa, 25 listopada 2009

Alleluja!

Niedługo miną trzy miesiące naszego pobytu w Dar. Coraz więcej wiemy, zauważamy, coraz więcej jest do napisania i jak sądzę dla większości czytelników naszego bloga opis mszy świętej nie będzie numerem jeden na liście tego, co chcieliby tu przeczytać, ale ze względu na pewne szczególne wydarzenie, jakie miało podczas dzisiejszej mszy miejsce, kilka słów na ten temat pozwolę sobie napisać.

Zacznijmy od tego, że msza w suahili trwa dwie godziny. Tak jest, bite 120 minut, czasami trochę ponad 100, jeśli kapłan bardzo się spieszy a świecki prelegent, który zawsze występuje w ostatnich 20-30 minutach, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Ale warto te dwie godziny wysiedzieć, warto nawet zostać dłużej, żeby tylko posłuchać...

Dwie godziny. To brzmi groźnie nie tylko dla naszych białych, świeckich uszu. Polscy franciszkanie, z którymi spotkaliśmy się przed wyjazdem cierpiąco przewracali oczyma na samą myśl o tym, ile czasu to zajmuje (a pamiętajmy o ponad 30 stopniach w skali Celsjusza, stałej temperaturze w tej szerokości geograficznej). Nawet czarne siostry narzekają na długość kazań niektórych księży, nie mówiąc o wiernych, którzy bez kozery zasypiają w pierwszych rzędach podczas porannych mszy. Ale ja, nie rozumiejąc ani słowa, słucham przynajmniej niektórych kapłanów z zapartym tchem. Mówią z przejęciem niespotykanym w Polsce, schodzą z mikrofonem z ambony by być bliżej wiernych, nawiązują dialog z nimi poprzez zadawanie pytań, powtarzanie ich, wywoływanie do odpowiedzi, przez gesty... Sugestywność czarnych mówców robi wrażenie. Ale to nic w porównaniu z sugestywnością chóru.

Każdy kościół, kościółek, wioskowa kapliczka ma swój chór. Czasem jest tak, że 1/4 wiernych obecnych na danej mszy to chór, a reszta daje radę nie gorzej niż ci, wyszkoleni przez dyrygenta. Akompaniuje im lepszy lub gorszy organista, albo bębniarze. Ze względu na deficyty w edukacji muzycznej i w poczuciu estetyki miejscowych organistów, podczas mszy często można usłyszeć zagłuszające wszystko automatyczne podkłady perkusyjne i dziwaczne wzbogacacze brzmień dostępne w kościelnych organach.

Ale i to nie jest w stanie popsuć wrażenia, jakie robi na nas chór. Przyzwyczajeni do tego, że czas, w którym kapłan mówi podczas krótkiej, polskiej mszy jest chwilą wytchnienia między jednym a drugim zbiorem jęków pijanego, skacowanego, chorego organisty, rozpływamy się w wielogłosach i perfekcyjnie współbrzmiących liniach melodycznych...

Ale tutejsze chóry też zdają się nie do końca zgadzać z dźwiękową polityką organistów. Pamiętam moment podczas jednej mszy w kościele w Segerea, gdy chór wykonywał wyjątkowo piękną pieśń stanowiącą stałą część liturgii. Na samym początku utworu wysiadł prąd. Pseudohamondowskie organy zamilkły. Chór, jakby ucieszony tym faktem, ożywił się, dyrygent ze zdwojoną siłą i jeszcze szerszym niż zwykle uśmiechem machał trzymanym w prawej ręce kijem, spełniającym rolę batuty, chór śpiewał bez akompaniamentu z coraz większym 'wczuciem' i energią, twarze chórzystów i chórzystek coraz bardziej promieniały, piękne wielogłosy, cudownie skomplikowane melodie, idealnie czysto zaśpiewane, coraz donioślej niosły się echem pod betonowym sufitem kaplicy, wokaliści spontanicznie odwracali się twarzami do swoich sąsiadów i śpiewali jakby tylko dla nich o miłości, Bogu, pięknie... Gdy tylko skończyli, prąd znów 'się' włączył.

Oczywiście żaden z chórzystów nie zna nut. Pośród nich znajdują się, ze znanych nam osób, szkolna kucharka i kierowca autobusu. Nie sądzę by reszta była absolwentami akademii muzycznej, bo mieszkając w domu kustodialnym wielokrotnie byłem świadkiem ich prób, podczas których, przy wprowadzaniu nowego utworu dyrygent podawał grupom wokalistów dźwięki, które mieli śpiewać. To znaczy on śpiewał melodię, oni powtarzali, a za drugim, trzecim razem już pamiętali i... Jazda! Kilka razy przećwiczyli i na następnej mszy już śpiewali nowy utwór. Oczywiście w wielogłosie, z co najmniej dwoma idealnie współbrzmiącymi liniami melodycznymi, idealnie czysto, z radością, uśmiechem, ludzie śpiewający w totalnie zaplanowany sposób totalnie spontanicznie wyrażali przy tym swoje emocje, które szczere malowały się na ich twarzach... Ale dziś przeszli samych siebie i nasze najśmielsze oczekiwania.

Gdyby muzykę dało się opisać słowami, nie trzeba by było chodzić na koncerty, słuchać płyt i doświadczać osobiście sedna tego, co jest w niej zaklęte. Tym ogólnikowym stwierdzeniem chciałbym z góry usprawiedliwić niemożność opisania tego, co dzisiaj przeżyłem. Zaczęło się od Alleluja. Tego ‘Alleluja’, które wszyscy znamy. Ale to był dopiero początek. Utwór był niezwykle skomplikowany i odniosłem wrażenie jakby każdy chórzysta grał w nim swoja własną, niepowtarzalną rolę. Być może potwierdzeniem tego przypuszczenia było to, że dyrygent, stojący zwykle na poziomie kościelnej podłogi, wszedł na ołtarz, by z podwyższenia móc każdemu z osobna wskazać, a może tylko przypomnieć jego (lub jej) miejsce w utworze.

A więc zaczęło się od Händlowskiego Alleluja. Ale następnie nie tylko język tekstu zmienił się na rodzimy język wokalistów i wokalistek, ale i linia melodyczna stała się jakby bardziej przystosowana do ich niezwykłych, wrodzonych umiejętności. Melodia i dźwięki rozrastały się i mnożyły do kulminacyjnego momentu, w którym każdy zdawał się śpiewać co innego pozostając jednocześnie w idealnej harmonii z resztą, po tym momencie, nie tylko aranżacyjnego ale i emocjonalnego apogeum, nastąpiła chwila ciszy, po której chór powrócił do bardziej znanej europejskiemu słuchaczowi aranżacji… trwało to jeszcze chwilę i nie jestem w stanie opisać tego co się wtedy działo, po plecach przechodziły mi dreszcze, reakcje chórzystów były nie mniej emocjonalne, a gdy popisowy numer dobiegł końca… nikomu w kościele nie trzeba było tłumaczyć, że ten popisowy numer był przebłyskiem geniuszu zarówno chóru jak i dyrygenta. Rozległy się jednogłośne, gromkie brawa. Wszyscy przebudzili się, słuchali z szeroko otwartymi oczami i uszami, obudzeni i pobudzeni do życia, a Duch unosił się nad głowami…

0 komentarze: