Wyprawę do muzeum narodowego w Dar es Salaam zaplanowaliśmy na wakacje, które już za pasem! W grudniu nie pracujemy, a wolny czas chcemy poświęcić eksplorowaniu miasta, wypadowi poza Dar i pisaniu o wszystkim co się dzieje i działo dookoła nas i w naszych głowach. Dzisiejszy dzień planowaliśmy spędzić w domu. Zmęczeni pracą i nękającymi nas do niedawna chorobami chcieliśmy odpocząć, zregenerować się, pozwolić sobie na odrobinę błogiego lenistwa, ale mocna kawa wystarczyła by emeryckie zachcianki uległy przedawnieniu. Perspektywa niedzieli w domu, tak długo przez nas wyczekiwanej, nagle traci cały urok. Przechodzimy do fazy planowania wypadu do miasta.
Jednak biorąc pod uwagę stan ciała i ducha obieramy cel nie wymagający nadmiernego wysiłku. Muzeum. Powolny spacerek między gablotkami i eksponatami to doskonały pomysł na dziś! Jeszcze tylko pytamy google'a gdzie to właściwie jest i czy aby na pewno w niedzielę otwarte i... W drogę!
Jak zwykle najpierw spacer przez wertepy Segerea, jak zwykle śmierdzący cmentarz, jak zwykle spotykamy to samo stado kóz, jak zwykle dzieci krzyczą do nas 'Mzungu! Mzungu!' (Białas! Białas!) jakby pierwszy raz widziały białego człowieka, choć widzą nas po raz setny, jak zwykle dworzec autobusowy, ale tutaj...Wszystko się zmienia! Wielki plac nie tylko pokryto nową nawierzchnią. Na gładkiej, czarnej tafli asfaltu osadzono podłużne wysepki z kostki brukowej, na których postawiono najprawdziwsze przystankowe wiaty! Afryka się rozwija! Dar się rozwija! Rozwój dotarł aż tutaj, na obrzeża miasta! Pod pięknymi, nowymi, błękitnymi daszkami leżą i siedzą grupy pozbawionych jakiegokolwiek zajęcia mężczyzn. W sumie jest niedziela. Co mają robić? Lenią się jak Pan Bóg przykazał! Ale nie tylko w niedzielę tak wegetują. No cóż. Przynajmniej ktoś użytkuje wysepki i wiaty, bo podróżni nadal tłoczą się na obrzeżach asfaltowego placu, pod rzędem sklepów, przy których jeden za drugim, zatrzymują się autobusy. Kierowcy potrzebują placu jedynie do nawracania, a wysepki z różowej kostki brukowej tylko im zawadzają podczas manewru.
Jedziemy do Mnazi Mmoja. Muzeum znajduje się w okolicach Posta, ale znamy już miasto na tyle by dojść pieszo, a typowa dla małej pory deszczowej pogoda (chmury, lekki wiatr, powietrze odświeżone przez nocne deszcze) zachęca do spaceru. Choć autobus jest pełen, to gdy wysiadamy, zastajemy obumarłe centrum, pogrążone w niedzielnym letargu. Sklepy pozamykane. Pustymi ulicami, niczym duchy, snują się pojedyncze osoby. Po drugiej stronie skrzyżowania przy przystanku Mnazi Mmoja przemyka wycieczka Azjatów. Czteropasmowa ulica, której przekroczenie w pozostałe dni tygodnia grozi śmiercią lub kalectwem, jest prawie pusta. Poza autobusami komunikacji miejskiej nie ma praktycznie żadnego ruchu. Przez przejście dla pieszych przechodzimy powoli i spokojnie jak nigdy. Obieramy azymut na górujący nad miastem budynek hotelu Paradise, który znajduje się dokładnie naprzeciw przystanku Posta. Spacerujemy martwymi ulicami. Muzułmanie idą medytować do meczetów, Chrześcijanie zmierzają do swoich świątyń. Poza stricte religijnym ruchem pieszym, nic się nie dzieje. Napotkani ludzie siedzą, ewentualnie stoją i rozmawiają, ale jest ich niewielu, pojedyncze grupy, głównie mężczyzn, skumulowane w punktach alkoholodajnych. Jest cicho. Jest spokojnie. Jest martwo. A obumarłe ciała śpiących na ulicach pijaków i drzemiących na swych posterunkach żebraków osadzone w powojennym krajobrazie wyglądają jak ciała poległych. Mijamy wyburzane budynki. Jeden, drugi, trzeci... Na ich miejscach wyrosną pewnie wysokie hotele, biurowce, apartamentowce. Ale dziś jeszcze widać ruiny. Jakby kilka sąsiadujących ze sobą kamienic zbombardowały niosące wolność amerykańskie myśliwce, albo Al Quaeda przypuściła szturm na kompleks budynków zajmowanych przez wroga (oczywiście to tylko żart, poza zamachem na ambasadę USA w 1998, Dar es Salaam, na szczęście, nie doświadczyło ataków terrorystów).
Paradise coraz bliżej. Za chwilę skierujemy się w stronę hotelu Kilimanjaro Kempinsky. Podobnie jak on, muzeum znajduje się w administracyjno-ambasadowej części miasta. Mijamy jakieś ministerstwa, przez pomyłkę wchodzimy na teren urzędu miasta. Policjant z kałasznikowem jest wyrozumiały, mimo, że wślizgujemy się przez zamykaną za jednym z samochodów bramę. Urzędnik, który przechodzi obok, uprzejmie, po angielsku, informuje nas gdzie jesteśmy i tłumaczy jak dojść do muzeum.
Mijamy kolejne ministerstwa, ambasady, budynek parlamentu (informacja wypisana olejną farbą na drewnianej desce). W końcu naszym oczom ukazuje się wysoki płot z blachy falistej, z nabazgranym wielkimi czerwonymi literami napisem 'museum'. Napis powtarza się co kilkanaście metrów, są też strzałki kierujące, jak sądzimy, do wejścia. Długi kompleks budynków za płotem jest najwyraźniej niewykończony. Zasłaniają go rusztowania a całość elewacji nie została jeszcze pomalowana. Podążamy w kierunku wskazywanym przez strzałki. Skręcamy w boczną uliczkę. Docieramy do wejścia.
Tuż po przekroczeniu bramy słyszymy głośne 'welcome, welcome'. Pracownik zapraszający nas do wejścia na teren muzeum pokazuje przyklejony do bramy cennik. Złodziejska cena ponad 13 złotych za bilet dla turystów odstrasza, ale cóż zrobić... Aga wie, co zrobić! W suahili tłumaczy, że nie jesteśmy żadnymi turystami tylko wolontariuszami, że pracujemy w takiej a takiej szkole... Gość odsyła nas do kolejnej bramki. Teraz Aga bierze sprawy w swoje ręce: 'Nie mów nic po angielsku' – co oznacza, że pozostaje mi szczerzenie zębów, rzucenie ‘habari’ na dzień dobry i udawanie, że wiem co się dzieje. Ale tutaj wszędzie trzeba negocjować ceny! A nic tak nie pomaga w negocjacjach jak znajomość suahili. Przy drugiej bramce ta sama gadka. Cena spada do 5 złotych od osoby. Wchodzimy.
Ponoć nie wolno robić zdjęć. Tak twierdziła nasza koleżanka, której nie pozwolono sfotografować drewnianych fallusów stanowiących swego czasu jeden z muzealnych eksponatów. Niestety nie trafiliśmy na repliki męskich genitaliów, a zakazu fotografowania nigdzie nie zauważyliśmy. Oczywiście przy robieniu zdjęć nie pytaliśmy o pozwolenie, ale w obliczu braku znaku zakazu uznaliśmy, że co nie jest zakazane jest dozwolone, więc... Galeria zdjęć poniżej.
Muzeum jak muzeum. Ekspozycja raczej kiepska, choć należy założyć, że po rozbudowie (ponoć już w przyszłym miesiącu ma zostać ukończona) długi kompleks budynków zostanie po brzegi wypełniony eksponatami. Oprócz nas w muzeum zaledwie pięć osób. Jakaś para i ojciec z dwójką dzieci. Frekwencja kiepska, jak na miasto zamieszkałe przez kilka milionów ludzi. Co ciekawe, w rejestrze odwiedzających (wypełnienie obowiązkowe przed wejściem) wpisujemy się pod nazwiskiem Polaka.
Cóż na dzień dzisiejszy, można zobaczyć w muzeum narodowym w Dar; parter poświęcony jest niewolnictwu. Prezentuje zarys zjawiska i tłumaczy jego obecne konsekwencje, których przykładem ma być niechęć do pracy na roli. Powodem tego jest ponoć to, że w przeszłości wykonywali ją czarni niewolnicy. Oczywiście nie chodzi o niewolników sprowadzanych do Ameryki, tylko tych, zmuszanych do pracy przez Arabów, na długo przed przybyciem białych. Obserwując zachowania Tanzańczyków w pracy, można odnieść wrażenie, że niechęć do pracy na roli została przeniesiona na wiele innych prac fizycznych.
Oczywiście jest całe piętro poświęcone zmarłemu prezydentowi, ojcowi narodu, Juliusowi Nyerere (post o nim już wkrótce, bo to postać niezwykle istotna, bez której praktycznie nie byłoby Tanzanii), poza tym dzieła współczesnych afrykańskich rzeźbiarzy, wytwory kultur plemiennych, nieco biologii w formalinie i na zdjęciach, samochody zmarłego prezydenta (łącznie z mercedesem z połowy lat '90). Do mniej typowych eksponatów należą z pewnością pierwszy tanzański bankomat i gablotka z prezerwatywami. Dokładnie tak, każde miejsce jest dobre na ideologiczną wojnę z HIV/AIDS. Ale ciekaw jestem jak gablotkę skomentował tata zwiedzający muzeum z dwójką dzieci w wieku, na oko, 6-7 lat. W ramach ideologicznej walki z... różnymi wadami tanzańskiego społeczeństwa, umieszczono glinianą figurkę (chyba autentyczna, 'plemienna' produkcja - na zdjęciu poniżej) człowieka kopulującego ze zwierzęciem. Podpis głosi "you must stop sleeping with your sister...". Dalej plemienne maski, dzidy, zdjęcie szamana przypalającego 'pacjenta' cygarem w ramach terapii, łódki rybaków, tradycyjne bębny, rekonstrukcja masajskiej chaty itp., itd.
Wychodzimy nieco rozczarowani małą ilością eksponatów. 'Na pocieszenie' pan przy pierwszej bramce mów nam, że jako wolontariusze powinniśmy byli wejść za darmo. Ale stwierdzamy, że nie będziemy wracać po nasze 5200 szylingów (około 10 zł). Niech przyczyni się choć trochę do rozwoju instytucji, do której z chęcią wrócimy, jak tylko otworzą nowe skrzydło. Zapytaliśmy tylko kiedy planują je otworzyć i odeszliśmy z nadzieją, że następnym razem zobaczymy więcej.
Coś dla miłośników owoców morza
Dziś nad wejściem do niemieckiej ambasady wisi nieco inna tabliczka, ale kiedyś wisiała ta.
Szaman dokonujący terapeutycznego przypalenia cygarem
Jeszcze tylko wymiana spojrzeń z żyrafą i... wychodzimy!





0 komentarze:
Prześlij komentarz