środa, 18 listopada 2009

Afrykańska onomastyka


Białemu nauczycielowi pośród czarnych maluchów trudno się połapać. Po pierwsze ze względu na naturalną reakcję mózgu na twarze innych ras, które z początku zdają się być nie do odróżnienia. Pod jednym ze zdjęć ze szkoły zamieszonych na moim profilu na Naszej Klasie, kolega Andrzej zapytał "a to dziewczynki czy chłopcy?". Twarze czarnych początkującym afronautom nie mówią zbyt wiele i my też w pierwszych tygodniach odróżnialiśmy chłopców i dziewczynki tylko po spodenkach tudzież sukienkach będących częściami szkolnych mundurków. Ale w piątki, gdy wszystkie dzieci przychodzą w takich samych strojach sportowych, byliśmy kompletnie zagubieni.

Reakcja jest taka sama w drugą stronę. Słyszeliśmy historię o misjonarzu przekraczającym granicę afrykańskich państw na paszporcie pożyczonym od osoby zupełnie do niego nie podobnej. Różnica nie wzbudziła wśród czarnych celników żadnych podejrzeń, ponieważ była dla nich kompletnie niezauważalna.

Na szczęście to swego rodzaju upośledzenie rozpoznawania twarzy mija i po niedługim czasie da się odróżnić od siebie osoby w najbliższym otoczeniu.

Jednak twarze to jeszcze nic! Spamiętanie imion, to dopiero wyzwanie! W tutejszej klasie nie ma czterech Krzysiów, trzech Łukaszów, pięciu Mart, siedmiu Ani... Afrykańskie imiona to istna poezja rodzicielskiej kreatywności. Pamiętajmy o tym, że znajdujemy się na styku kultur i religii, gdzie do katolickiej szkoły chodzą dzieci różnych wyznań! Tak, tak, muzułmańskim rodzicom nie przeszkadza, że ich dziecko obowiązkowo modli się "w imię Ojca i Syna..." a dodać należy, że w najbliższej okolicy nie brakuje ani w pełni świeckich szkół państwowych, ani muzułmańskich podstawówek. Tak więc imion ci u nas dostatek…

Są takie imiona, które przez przypadkową zbieżność z naszym ojczystym językiem zapadają w pamięć od razu. Prym w tej kategorii wiedzie Nasra. Gdy podczas jednej z pierwszych lekcji, które w połowie września jeszcze tylko obserwowaliśmy, usłyszeliśmy jak dziewczynka zostaje wywołana do odpowiedzi, musieliśmy mocno przygryźć języki i za wszelką cenę uniknąć spojrzenia sobie w oczy by nie wybuchnąć głupkowatym śmiechem.

(Ale niech choć za minimalne usprawiedliwienie naszej prymitywnej reakcji posłuży historia poznanego przeze mnie na stypendium w Niemczech chłopaka o imieniu Bernt i nazwisku Dicks. Obydwa dość popularne w Niemczech, ale gdy pojechał na stypendium do Irlandii... Nawet nauczyciele musieli chować się pod stołami i za dziennikami by ukryć spazmy głupawego śmiechu... )

Do grupy imion „zbieżnośmiesznych” zalicza się też Baton. Oczywiście jest to zafrykanizowana wersja anglosaskiego Burton, pozbawiona jednak obydwu wysublimowanych angielskich samogłosek, zamienionych na takie same jak polskie 'A' i 'O'. Do Batona i Nasry dołączają dwie dziewczynki - Hawa (czyt. chała) i Swabaha (czyt. słabaha). Można by jeszcze w ten szereg zaliczyć chłopaka o imieniu Muhoya (spolszczona wersja imienia: Muchojad :-).Tyle zabawnych koincydencji.

Opowieść o imionach należałoby zacząć od tego, że nie wszyscy rodzice są tak samo kreatywni. Ci z rodzin muzułmańskich nadają swym dzieciom pospolite nawet jak dla nas, Europejczyków, imiona. Abdul czy Ali nie brzmi obco. Hamis czy Faris może bardziej, ale i tak spotykamy wielu osobników o tych imionach (choćby malarz z poprzedniego posta). Inne szkolne imiona pochodzenia arabskiego to m. in. Tariq, Japhet, Farid, Khanim. To ostatnie to imię dziewczynki.

Oczywiście w rodzinach Chrześcijańskich popularne są imiona judeochrześcijańskie. Valentine, Chrisostom, Gloria, Theresia, Maria, Joseph, David, Moses, Francisco, Elisabeth, Veronica, Clara, Elisha... Poza tym ostatnim (Eliasz w wersji afrykańskiej) nie brzmią zbyt obco, ale nie ułatwiają trudnego zadania, jakim jest zapamiętanie wszystkich imion.

Dołączenie do kręgu Chrześcijan zmusza rodziców chrzczonych dzieci oraz neokatechumenów do poskromienia afrykańskiej kreatywności poprzez ograniczenie wyboru imienia do kręgu uznanych przez Kościół świętych. Nie wszyscy są tego w pełni świadomi, dlatego podczas „hurtowych” chrztów często z ust kapłana padają słowa „nie ma takiego świętego”. Co wtedy? Jeśli rodzice mają w zanadrzu alternatywną, akceptowalną propozycję, podają ją i uroczystość trwa dalej, jeśli nie…

Całkiem niedawno byliśmy uczestnikami mszy, podczas której hurtem chrzczono dorosłych i dzieci, jednego po drugim, kilkanaście, może dwadzieścia osób. Jedna z dziewczynek miała zostać ochrzczona imieniem Vanessa (swoją drogą – ciekawe skąd ten pomysł wpadł rodzicom do głowy. Czyżby wpływ kultury popularnej?). „Ale nie ma świętej Vanessy” – mówi ksiądz. Następuje chwila kłopotliwego milczenia. Wygląda na to, że rodzice nie są przygotowani na taką ewentualność. „Valentina” – proponuje kapłan. Daje rodzicom dwie sekundy na reakcję i w obliczu braku czynnego sprzeciwu (tudzież aprobaty), chrzci dziewczynkę zaproponowanym przez siebie imieniem.

Niezależnie od wyznania i religii, niektórzy rodzice albo nie chcą silić się na kreatywność, albo jej zasoby wyczerpują się po drugim, trzecim potomku. Akurat w naszej szkole nie ma dzieci o imionach odpowiadającym liczebnikom porządkowym, np. Tatu (trzecie z kolei dziecko), ale zwyczaj ‘numerowania’ dzieci, podobnie jak w starożytnym Rzymie, był do niedawna często praktykowany, czego dowody nietrudno znaleźć w starszym pokoleniu. Jeden ze szkolnych kierowców ma na imię Sitta, gdyż urodził się, jako szósty. Nota bene, wszyscy zwracają się do niego Babu (dziadku), bo przekroczył magiczny wiek pięćdziesięciu lat, po którym zaczyna się w tutejszej kulturze starość.

Niektóre imiona upamiętniają wydarzenia czy postaci historyczne. W naszej szkole przykładów takich jest jednak niewiele. Jednym z nich jest Kenedy (ale przez jedno „n”). Jeśli chodzi o aktualną modę na imiona historyczne można zaobserwować „wysyp” Baraków po Baracku Obamie, który jest tu ikoną stawianą na równi ze zmarłym przed dziesięciu laty Ojcem Narodu Juliusem Nyerere. Samo imię Baraka pochodzi z arabskiego i oznacza „błogosławieństwo”. W szkole mamy dwóch chłopców noszących to imię, którzy czasem na długich przerwach otrzymują przezwisko Obama. Jednak ich ochrzczono jeszcze za kadencji Busha.

Co zaskakuje, imion typowo bantuskich jest tutaj niewiele. Zaledwie kilka na ponad setkę dzieci w naszej szkole: Ntimi, Ngusii (chłopcy), Naomi, Neema (dziewczynki). Imię Neema ma znaczenie „urodzaj, pomyślność”, Ashura „towarzyszka”, Furaha „radość” – imię męskie, Rahmah „współczucie” – imię żeńskie, nie wiem, co skłoniło rodziców do nadania takiego imienia. Ciężki poród? Ale gdy pośród rodzimych imion zabraknie takich, które wyrażają to, czego życzą sobie (lub dziecku) rodzice, wtedy zapożycza się ‘imiona’ z języka angielskiego. Stąd w szkole aż dwóch chłopców o imieniu Goodluck, dziewczynki Faith, Holiness, Patience (ostatnie imię nadano wyjątkowo trafnie – do dziecka trzeba mieć pokłady cierpliwości wręcz nieskończone, a jako, że jej wychowawczyni właśnie straciła dla niej cierpliwość, w gronie pedagogicznym trwają debaty nad karnym przeniesieniem Patience do innej klasy lub gdzieś dalej). Są też imiona brzmiące, jakby żywcem zaczerpnięto je z łaciny, choć w tej szerokości geograficznej nie należy podejrzewać, że ów język jest rodzicom znany. Do tej grupy zaliczają się choćby Imakulata, Pasiano i Modestus. Bardziej zagadkowe inspiracje językiem angielskim to Shyrose i Witness - imiona żeńskie. To pierwsze jest dość powszechne w wielu częściach Afryki, to drugie jednak nie, więc można przypuszczać, że istniały jakieś inne motywacje niż ładne brzmienie czy to, że mama lub tata pałali szczególną sympatią do osoby o takim imieniu. Ale ‘co autor miał na myśli’ nadając córeczce imię ‘Świadek’ – Bóg jedyny (lub Allach) raczy wiedzieć.

I tak oto staliśmy się mimowolnymi studentami afrykańskiej onomastyki (nauka o imionach i nazwach własnych), która, jak wszystko tutaj, jest niezwykle egzotyczna.

Dzieciaki w barwach wojennych i tradycyjnych strojach podczas szkolnych zawodów artystycznych

Lunch na świeżym powietrzu po zawodach, tradycyjny pilau, a na pierwszym planie... afrykański widelec

0 komentarze: