Długo musieliśmy czekać na dzień wolny od pracy i chorób, pogodny, pozbawiony trosk, zmartwień, obowiązków, idealny do wyprawy na przepiękną plażę Kipepeo. A wyprawa to nie lada, bo do wybrzeża Oceanu indyjskiego mamy kilkanaście kilometrów, wstajemy więc wcześnie, dzień zaczynamy od mszy i wizyty w przychodni. Czuję jakieś lekkie przeziębienie więc jestem prawie pewien: malaria. Jeśli tak, to nic z tego, niedziela w domu, otumaniony lekami, będę spać i czytać jeśli będę miał siłę. Podczas mszy o 6 rano wydawało mi się, że czuję się coraz gorzej, więc idziemy na test. Na szczęscie okazuje się, że obydwoje jesteśmy zdrowi więc radośni wybiegamy z przychodni... Ups! Zapomnieliśmy zapłacić, po drodze na plażę przynosimy pieniądze (po złotówce 'od łebka' za badanie). Oczywiście perspektywa dnia na gorącym piasku i w ciepłej wodzie lazurowego oceanu odgania złe samopoczucie. Wraz z nim znikają z nieba czarne chmury, które byliśmy więcej niż pewni, że pokrzyżują nasze plany. Tak, o takim dniu marzyliśmy od dawna, a opatrzność wyraźnie nam sprzyja. Zupełnie jakby Bóg we własnej osobie dołożył wszelkich starań, byśmy w zamian za to, że pofatygowaliśmy się do niego na szóstą raną, mogli cieszyć się idealnym, niedzielnym wypoczynkiem.
Ale najpierw dala-dala do Posta, później kilkuminutowa przeprawa promem, na który trzeba kilkanaście minut poczekać. Później piki-piki, zwane też bajaji. Kolejny (importowany zdaje się z Indii) popularny w Afryce cud techniki. Maleńka, motorowa, trzykołowa riksza, przykryta plandeką, pod którą na tylnym siedzeniu z trudem mieszczą się dwie osoby, z przodu jest miejsce tylko dla kierowcy, ale widuje się piki-piki wypełnione całymi rodzinami. Prowadzący te chybotliwe łupinki szaleńcy rozwijają ekstremalne prędkości. Trasa do Kipepeo jest jak tor wyścigowy motoryzacyjnych mutantów, zielonych, niebieskich lub czerwonych, zwykle ozdobionych symbolami ulubionych drużyn piłkarskich kierowców (przeważają Chelsea i Manchester United). Prowadzący bajaji pędzą na złamanie karku, w końcu im więcej kursów zrobią tym więcej zarobią, a na asfaltowej trasie da się pędzić ze sporą prędkością. Do zwolnienia jest ich w stanie zmusić tylko "leżący policjant", którego pokonywanie nawet z najmniejszą prędkością tak malutkim pojazdem, jest zawsze bolesne dla pasażerów.
Więc pędzimy z zawrotną prędkością po czarnej wstędze nierównego asfaltu, po prawej palmy, zabudowania wyglądające tak, że niemożliwym wydaje się by ktoś w nich mieszkał, szałasy z palmowych liści i pozbawione dachów ruiny murowanych budynków, a jednak w nich i dookoła nich toczy się (a raczej drzemie) jakiś życie, po lewej to samo, a jakieś sto metrów dalej wstęga oceanu. Prujemy pośrodku tego krajobrazu jakieś dziesięć minut, potem skręcamy w gruntową drogę, której nierówności niemiłosiernie telepią pojazdem. Ale warto wytrzymać ten bolesny masaż pośladków dla widoku i wrażeń, które mają nastąpić już za chwilę.
Około 12 dojeżdżamy. Wstęp na plażę jest płatny. Tak. Kipepeo to enklawa dla nieco zamożniejszych (czytaj: nie miejscowych) gości. Cena biletu to około 6 zł ale można za niego kupić coś w barze, opłata jest w pełni zwrotna, a "bramka" to tylko miejsce, w którym można odsiać "nieproszonych gości". Dzięki temu na plaży nie ma tłoku, aparat fotograficzny i komórkę można ze spokojem wyciągnąć i położyć na stoliczku pod parasolem z palmowych liści. Przy barze, na piasku i dookoła plastikowych stolików goście z całego świata. Azjaci, Hindusi, opalający się bez opamiętania Amerykanie (prócz japonek, możliwie najkrótszych portek i koszulek bez rękawów ich znakiem rozpoznawczym są poparzenia słoneczne na twarzy i całym ciele - nie pamiętają lub nie wiedzą, że są w okolicach równika), w części jadalnej w okolicach baru (większe parasole, betonowa podłoga i drewniane meble) da się słyszeć jakiś język z północy Europy, Agnieszka w drodze pod prysznic spotkała nawet Rosjankę. Międzynarodowe towarzystwo, na szczęście niezbyt liczne i raczej spokojne.
Wszyscy przyjeżdżają po to, po co jeździ się nad morze. Aby uwalić się na piachu i potaplać w wodzie. Tak. Butelka coli lub browarek w dłoni, pieczony kurczak albo rybka na obiad, koniecznie z frytkami. Zupełnie jak nad Bałtykiem. Brakuje tylko nadmorskich buraków. Na szczęście. Ale gdy zostawi się to wszystko, dosłownie, za sobą, pozostaje widok bielutkiego piasku, lazurowej wody i błękitnego nieba. Trzy pasy przepięknych naturalnych barw, uczucie palącego w stopy gorąca i nieodparta chęć zanurzenia się w oceanie. Woda jest dosłownie ciepła i okrutnie słona. Szczypie w oczy, ale nawet to nie jest w stanie zaburzyć rozkoszy dryfowania na delikatnych falach. Jesteśmy w raju. W pocztówce z dalekiej, egzotycznej krainy, folderze reklamowym biura turystycznego, marzeniu milionów, w wyobrażeniu idealnych wakacji, choć osobiście zanudziłbym się w Kipepeo na śmierć, gdybym musiał zostać tu dłużej niż tydzień. Ile można siedzieć i gapić się w wodę. Nie pływa w niej też nic na tyle ciekawego by było na czym dłużej zawiesić oko... Idziemy więc na spacer.
Oczywiście na plaży kwitnie handel. Koszulki, muszle, lody (niezwykle niebezpieczne w tym klimacie - najchętniej kupowane przez przybyszów z USA), okulary przeciwsłoneczne, zabawki, piłki, rękodzieło różnego typu, gatunku, jakości. Sprzedawcy nawołują, zachwalają, zachęcają, podchodzą do nas i próbują coś wciskać.
Jedynym i pierwszym od początku naszej przygody z Dar handlarzem, który naprawdę przykuł naszą uwagę pośród tłumu wciskaczy kitu, jest Hamis. Jak wielu innych zagaduje nas po drodze, a skąd, a dokąd, a gdzie, a na jak długo, a co robicie... "Sto pytań do", całkiem sprawną angielszczyzną, oczywiście wpada w euforię, gdy Agnieszka odzywa się w suahili. Ale nawet nie zbywamy go tak jak zwykle natrętnych sprzedawców, bo nie wiemy, że coś sprzedaje. Chyba nawet nie jest "w pracy". Poza tym robi na nas dobre wrażenie... Jakoś tak mu dobrze i ciekawie z oczu patrzy. Mówi, że idzie zanieść koleżance "to". Pokazuje dużą, nadmuchaną dętkę samochodową. Nie chwali się, że ma coś na sprzedaż, dopiero zapytany, co robi w Dar, odpowiada, że maluje. Oczywiście ma przy sobie kilka swoich dzieł, jak każdy handlarz tutaj jest gotów do transakcji w każdej chwili, płótna leżą zwinięte w plecaku. Oddaje koło do pływania dziewczynie, której je przyniósł i wykłada na piasek swoje obrazy. Trzeba przyznać, że są znacznie różne od sprzedawanego na każdym rogu kiczu. Malowane farbą olejną nanoszoną nożem na płótno, sceny z życia Masajów przedstawione w sposób wręcz impresjonistyczny! Ciekawa kolorystyka i niepowtarzalna technika przydają dziełom oryginalności. Pytam po ile je sprzedaje. Mówi, że małe po 15.000 ale jak mamy 10.000, to może nam sprzedać. Cena też zachęca i chyba musiał nas polubić, skoro wycenił swoją pracę tak nisko. Zwykle artyści tego typu rzucają sumami astronomicznymi. Niestety akurat w tej chwili naprawdę nie mamy gotówki. Wymieniamy się jednak kontaktami, bo obrazy Hamisa wydają się być szczerą sztuką a nie jedynie masowymi obrazami "z taśmy" nastawionymi na niemieckich i amerykańskich turystów.
Oczywiście oddalając się od Kipepeo spotyka się coraz więcej miejscowych, przechadzających się po plaży, odpoczywających, kąpiących się, grzebiących w piasku dzieci i dorosłych. Podczas spaceru nareszcie zostaje zaspokojona moja ciekawość tego jak muzułmanki ubierają się na plaży. Ukradkiem udaje mi się zrobić zdjęcie grupy pięciu kobiet w długich spodniach (dżinsy, dresy lub inne), w bluzkach z długimi rękawami, z włosami szczelnie owiniętymi chustami. Między nimi facet o hinduskich rysach, w samych kąpielówkach, siedzi nad brzegiem morza i bawi się w piasku. Zresztą zobaczcie sami poniżej.
spotykamy też grupę czterech, młodych, wesołych, Murzynek. Sądząc po okryciach głowy, trzy z nich to Muzułmanki. Przepięknie ubrane, w tradycyjne barwne stroje, jedna na czarno, jedna z dzieckiem na plecach obwiązanym kangą (radykalność wyznawczyń islamu jest różna - niektóre od stóp do głów chodzą w czerni niczym ninje, inne luźno przerzucają przez głowę półprzejrzyste, kolorowe przepaski lub przewiązują włosy różnymi materiałami na tysiąc różnych sposobów). Ustawiam Agnieszkę tak, by niby robiąc jej zdjęcie objąć to barwne towarzystwo, ale one same chętnie podbiegają ze śmiechem i pozwalają się sfotografować. Reakcja miejscowych na obiektyw skierowany w ich stronę bywa różna, dlatego fotografując ludzi trzeba być ostrożnym, choć zwykle widząc wyciągnięty aparat i zaciekawiony wzrok skierowany w ich stronę sami proponuję pozowanie do zdjęć.
Oczywiście rozkoszny dzień w Kipepeo dość wcześnie, bo około 16 dobiegł końca. Powrót zajął nam prawie trzy godziny. Pobłądziliśmy trochę po Dar obierając złą trasę powrotną do przystanku autobusowego, zgubiliśmy się, zupełnie jak małpy, które spotkaliśmy po drodze, baraszkujące na ulicach i drzewach dzielnicy ambasad. Dopiero tuż przed 19, gdy zapadał zmrok, dotarliśmy do domu.
Tym jedzie się do Kipepeo

0 komentarze:
Prześlij komentarz